Dom Pomocy Społecznej wciąż bywa w zbiorowej wyobraźni miejscem ostatecznym — przestrzenią wstydu, porażki systemu albo rodzinnej bezradności. Tymczasem to także codzienność tysięcy seniorów, osób z niepełnosprawnościami i osób chorych, niezależnie od wieku. To również praca ludzi, którzy mimo niskich pensji, przemęczenia i wysokiego kosztu emocjonalnego zostają, bo widzą w niej sens. O realiach DPS-ów rozmawiamy z Jędrzejem Dudkiewiczem, autorem książki Inny dom — powstałej na bazie rozmów z mieszkańcami DPS-ów, ich bliskimi, personelem i kadrą kierowniczą.

Piotr Czubowicz: Skąd wziął się pomysł na napisanie książki Inny Dom? To był impuls osobisty, reporterska ciekawość, a może poczucie, że o tym świecie mówi się za mało albo nieprawdziwie?

Trochę wszystko po trosze, ale sam impuls wyszedł od wydawnictwa. Szukali dziennikarza zaangażowanego społecznie, kogoś, kto od lat zajmuje się tematami społecznymi. Ktoś mnie polecił, przejrzeli moje portfolio i uznali, że to może być dobry kierunek.

Od ponad dziesięciu lat zajmuję się sprawami społecznymi, a od kilku lat bardzo intensywnie również prawami osób z niepełnosprawnościami. Te tematy, które później znalazły się w książce, od dawna były na moim radarze. Zwłaszcza że podczas demonstracji — pod Sejmem, Kancelarią Premiera czy Pałacem Prezydenckim — bardzo dużo słuchałem samych osób z niepełnosprawnościami. Tam przez ostatnie lata zaczął powracać pewien refren: „byle nie do DPS-u”. To zdanie słyszałem wielokrotnie. No i zacząłem się zastanawiać: dlaczego? Co właściwie kryje się za tym lękiem? Dlaczego Dom Pomocy Społecznej stał się czymś, czego ludzie tak bardzo chcą uniknąć? Kiedy więc wydawnictwo zaproponowało mi ten temat, decyzja była dość prosta. 

Dlaczego tak bardzo boimy się DPS-ów? Dlaczego wolimy iść wszędzie, tylko nie tam?

Przede wszystkim chodzi o strach przed utratą wolności i samostanowienia. Obawę, że życie zostanie bardzo mocno ograniczone — że ktoś inny będzie decydował o rytmie dnia, posiłkach, aktywnościach, o wszystkim. DPS-y bywają instytucjami totalnymi: dzień jest zaplanowany co do godziny, nie zawsze można zjeść wtedy, kiedy się chce, czy wybrać to, na co ma się ochotę. Jednym z głównych haseł protestów osób z niepełnosprawnościami było i jest: „chcemy całego życia”. Czyli chcemy mieć dostęp do tego wszystkiego, co osoby pełnosprawne: relacji, spontaniczności, wyborów, wolności.

DPS-y kojarzą się przede wszystkim z seniorami.

W DPS-ach są co najmniej trzy grupy osób: osoby starsze, osoby z niepełnosprawnościami oraz osoby z chorobami psychicznymi. I każda z tych grup może mieć zupełnie inną perspektywę.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że osoba bardzo starsza — powiedzmy w wieku 85 lat — może uznać, że nie chce już mieszkać sama, że woli mieć zapewnioną opiekę, bezpieczeństwo, kontakt z innymi ludźmi. Wtedy DPS może być dobrym rozwiązaniem. Natomiast wątpię, żeby młoda osoba z niepełnosprawnością chciała tam trafić. W wielu przypadkach niepełnosprawność nie oznacza braku możliwości podjęcia pracy czy korzystania z kultury. Potrzeba do tego odpowiedniego wsparcia, np. w postaci asystencji osobistej. Będąc w DPS zwykle takich możliwości się nie ma, a powinniśmy dążyć do tego, by każdy mógł prowadzić możliwie samodzielne i niezależne życie.

Czy pamięta pan swoje pierwsze spotkanie z Domem Pomocy Społecznej? Jakie emocje temu towarzyszyły?

Podchodząc do pracy nad książką, bardzo pilnowałem, żeby wchodzić w te miejsca z możliwie otwartą głową. To było trudne, bo po kilku wizytach i rozmowach łatwo wpaść w schemat i zacząć zadawać pytania tak, by potwierdzić własne tezy. Bardzo starałem się tego unikać.

Jeździłem po całej Polsce: byłem m.in. w Krakowie, Białymstoku, Resku pod Szczecinem, Węgorzewie. Widziałem DPS-y bardzo różne — od takich, gdzie mieszka około 40 osób, po ogromne placówki na ponad 200 mieszkańców, podzielone na oddziały.

Miałem świadomość, że w mediach DPS-y pojawiają się niemal wyłącznie wtedy, gdy dochodzi tam do patologii. I jasne — one się zdarzają, nie neguję tego. Ale wiedziałem też, że to nie jest cały obraz systemu. Mnie najbardziej interesowało pytanie: dlaczego to wszystko działa tak, jak działa.

Dlatego nie chciałem mieć żadnych konkretnych oczekiwań. I rzeczywiście — za każdym razem było inaczej. Małe DPS-y często dawały więcej przestrzeni na indywidualne podejście, mniej chaosu. Te duże były zupełnie innym światem.

Czy było jakieś szczególnie trudne doświadczenie?

Tak. Wizyta w Domu Pomocy Społecznej dla dzieci z głębokimi niepełnosprawnościami w Poznaniu. Po bardzo emocjonalnej rozmowie z dyrekcją i rodzicami jednego z chłopców mogłem zobaczyć samą placówkę, przejść się po niej, zobaczyć dzieci. To było potężne emocjonalne uderzenie. Później musiałem przez pół godziny siedzieć nad jeziorem, żeby się jakoś pozbierać. Po prostu uderzyło mnie poczucie ogromnej niesprawiedliwości.

Staś, który jest jednym z bohaterów mojej książki, ma wiele sprzężonych niepełnosprawności: rurkę tracheostomijną, gastrostomię, nie porusza się samodzielnie, ma ogromne trudności w komunikacji. To są wyzwania absolutnie graniczne — i dla dziecka, i dla rodziny.

Rodzice przez długi czas próbowali radzić sobie sami, ale system zostawił ich właściwie bez wsparcia. W końcu zdecydowali się na DPS — i co było dla mnie bardzo konfrontujące z moimi wcześniejszymi przekonaniami — mówili, że to była dobra decyzja.

Ten DPS jest wyjątkowy: ma więcej kadry, niż wymaga ustawa, działa tam ośrodek rewalidacyjno-wychowawczy, stosuje się kilka metod komunikacji alternatywnej. Dzieci mogą wyrażać preferencje, komunikować się na miarę swoich możliwości. Jak na polskie warunki — to naprawdę wysoki standard.

Kiedy taka rodzina mówi mi: „DPS dał nam wolność, odciążył nas, pomógł całej naszej rodzinie” — to ja im wierzę. To wszystko nie jest czarno-białe. To właśnie doświadczenie nauczyło mnie, jak skomplikowane są te historie i jak łatwo ferować sądy z zewnątrz.

Jak wygląda zwykły, rutynowy dzień w Domu Pomocy Społecznej? Jak funkcjonują relacje między mieszkańcami i personelem? No i kwestie prywatności, intymności — bo rozumiem, że rzadko są to pokoje jednoosobowe.

Różnie bywa. Coraz częściej pojawiają się DPS-y, w których przynajmniej część pokoi jest jednoosobowa i wtedy rzeczywiście można mówić o większej prywatności czy intymności. Ale to nadal nie jest standard. Zresztą wszystko zależy od tego, co rozumiemy przez prywatność. W momencie, kiedy ktoś nie jest samodzielny i potrzebuje pomocy przy myciu, ubieraniu się, korzystaniu z toalety, praniu — no to ta intymność i tak zostaje w jakiś sposób naruszona, nawet przy najlepszych intencjach personelu.

Jeśli chodzi o rytm dnia, to bardzo często słyszałem, że trudno w ogóle mówić o czymś takim jak „typowy dzień”. Wszystko zależy od stanu mieszkańców. Jednego dnia może być w miarę spokojnie, a następnego — nagle pojawiają się zaostrzenia chorób, pogorszenia stanu zdrowia, chaos.

Ale jeśli już spróbować to uśrednić, to niestety wygląda to często tak, że kadry jest dokładnie tyle, żeby „ogarnąć podstawy”. Czyli: umyć, ubrać, nakarmić, podać leki, zaprowadzić na zajęcia. Te zajęcia to najczęściej terapia zajęciowa — puzzle, wyszywanie, klejenie, czasem wspólne śpiewanie. Jeśli DPS ma ogród i jest ciepło, to część czasu spędza się na zewnątrz. Bywają ćwiczenia rehabilitacyjne.

Ale wszystko ma swój sztywny rytm i godziny. Posiłki są o określonych porach, leki również. Jest harmonogram bardziej i mniej kompleksowej higieny, dyżury, grafiki. I to w dużej mierze wynika z niedoboru kadry — po prostu nie ma przestrzeni na bardzo indywidualne podejście do każdego mieszkańca.

Zatrzymajmy się przy kadrze. Z czym spotykał się pan częściej: empatią i zaangażowaniem czy raczej przemęczeniem, frustracją, bezradnością?

Myślę, że z jednym i z drugim. To jest praca ekstremalnie trudna — fizycznie, psychicznie i emocjonalnie — i bardzo słabo wynagradzana. To musi rodzić frustrację. Mieszkańcy są bardzo różni. Część z nich jest całkowicie leżąca — wtedy opiekunowie robią przy nich absolutnie wszystko. To jest ciężka praca fizyczna. Ale są też kwestie relacyjne. Jedna z opiekunek opowiadała mi o mieszkańcu, który co chwilę wzywał ją dzwonkiem tylko po to, żeby włączała i wyłączała światło — czasem mieszkańcy traktują personel jak służbę.

Jednocześnie wszystkie osoby, z którymi rozmawiałem, mówiły, że mimo tych wszystkich trudności wciąż czerpią z tej pracy sens. Że wystarczy jakaś drobna rzecz — pamięć o urodzinach, pięć minut rozmowy o czymś osobistym — i widzą, że dla mieszkańca to jest bardzo ważne. I to daje im siłę, żeby dalej pracować. Jeden z rozdziałów książki zatytułowałem Nie umiem się pożegnać. Rozmówczyni z tego rozdziału mówiła, że regularnie myśli o zmianie pracy, o przekwalifikowaniu się, ale wciąż zostaje w DPS-ie. Sama nie do końca potrafi wytłumaczyć dlaczego — po prostu coś ją tam trzyma. Inna z moich rozmówczyń jest głęboko wierząca i mówiła, że ta praca jest dla niej również drogą duchową — uczy ją pokory, kruchości człowieka, empatii, relacji z innymi i z Bogiem. To pokazuje, jak bardzo złożone są powody, dla których ludzie decydują się zostać w tym zawodzie.

Czy system w jakiś sposób chroni, docenia osoby pracujące w DPS-ach? Czy są mechanizmy zachęcające nowe kadry?

Niespecjalnie. Oczywiście zdarzają się wydarzenia symboliczne — w listopadzie jest dzień pracownika socjalnego. Z tej okazji organizowane są gale, nagrody, wyróżnienia. Byłem na takim wydarzeniu w Olsztynie. Ale na co dzień? Raczej nie. Wynagrodzenia są niskie, często bliskie najniższej krajowej. Jest co prawda dodatek motywacyjny w wysokości 1000 zł brutto, ale to dodatek czasowy, niezapisany ustawowo, który w każdej chwili może zostać odebrany. Nie wlicza się do podstawy wynagrodzenia, nie podnosi emerytury, nie liczy się przy zwolnieniu lekarskim.

Słyszałem też o DPS-ach, gdzie ten dodatek został potraktowany jako substytut podwyżki: „dostaliście tysiąc złotych, nie rozmawiamy więcej o podwyżkach”. To bardzo dużo mówi o tym, jak traktowani są pracownicy pomocy społecznej.

Trzeba też pamiętać, że DPS-y finansowane są przez samorządy, a te mają bardzo różne budżety. Warszawa to jedno, a małe gminy, które ledwo wiążą koniec z końcem — to zupełnie co innego. DPS-y często są na końcu listy priorytetów. Moim zdaniem państwo powinno tu wejść dużo mocniej, bo problemy — również demograficzne — będą tylko narastać.

Jesteśmy jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw. Popyt na DPS-y będzie rósł. Co wymaga dziś najpilniejszej zmiany? Czy DPS-y mają szansę wyjść z cienia złej opinii?

Myślę, że jest na to szansa — i to jest jeden z bardziej optymistycznych wniosków z pracy nad książką. Oczywiście to nie jest tak, że wszystkie DPS-y się zmieniają, ale jest wyraźna grupa placówek, których dyrekcja rozumie, że trzeba działać inaczej. One otwierają się na współpracę z organizacjami pozarządowymi, szkołami, wolontariuszami, stają się częścią lokalnej społeczności, a nie zamkniętą instytucją, o której nikt nic nie wie. To daje mieszkańcom realnie lepszą ofertę i jakość życia.

Ale wyzwań jest ogromnie dużo. Trzeba lepiej finansować pomoc społeczną. Trzeba reformować DPS-y tak, by było więcej indywidualnego podejścia. I równolegle budować drugą odnogę systemu — deinstytucjonalizację. Czyli sprawić, by jak najwięcej osób starszych mogło zostać w swoim miejscu zamieszkania, z odpowiednim wsparciem, dostosowanym mieszkaniem, usługami w środowisku lokalnym. Bo wiemy z badań, że większość seniorów chce starzeć się u siebie — tam, gdzie czują się bezpiecznie. DPS jest dla wielu ostatecznością.

Mam też osobiste doświadczenie: mój dziadek niedawno złamał nogę i bardzo mocno podkreśla, że chce jak najdłużej zostać w swoim mieszkaniu. Zna to miejsce, sklepy, ludzi. To daje mu motywację do rehabilitacji. I to jest bardzo ludzkie. Może jednym z kierunków byłoby to, żeby DPS-y świadczyły więcej usług także „na zewnątrz”, w środowisku. To wymagałoby więcej kadry, szkoleń, pieniędzy, ale warto o tym myśleć. Mam wrażenie — i mówią to też eksperci — że pociąg już ruszył, a my dopiero zaczynamy kłaść tory.

Czy praca nad tą książką coś w panu zmieniła? W myśleniu o własnej starości, zależności od innych?

Raczej utwierdziła mnie w przekonaniu, że tymi tematami trzeba się zajmować. Często słyszę pytania, dlaczego piszę o „nieklikalnych”, „mało sexy” sprawach. Ale wszystko, co zobaczyłem i usłyszałem, tylko potwierdziło, że nie wolno ich odpuszczać.

O własnej starości jeszcze za bardzo nie myślę — żyjemy w tak niepewnych czasach, że wielu z nas nie potrafi wyobrazić sobie nawet najbliższych kilku lat, a co dopiero dekady czy dwóch. Ale jednocześnie są ludzie, którzy tego wsparcia potrzebują tu i teraz. Chciałbym, żebyśmy jako społeczeństwo szli w stronę większej solidarności, empatii, wspólnotowości. Dobre usługi publiczne nie są luksusem — są fundamentem bezpieczeństwa.

Na koniec: jakie odczucia chciałby pan wzbudzić u czytelników Innego Domu? Kto powinien po tę książkę sięgnąć?

Tak naprawdę wszyscy. Ten temat dotyczy każdego z nas. Każdy może zachorować, ulec wypadkowi, zestarzeć się szybciej, niż planował. Chciałbym, żeby ta książka oddała sprawiedliwość osobom pracującym w DPS-ach i pokazała ich w innym świetle niż tylko przez pryzmat patologii. Żeby było widać, jak trudna i odpowiedzialna jest to praca.

Zależało mi też na tym, żeby nie narzucać jednoznacznych ocen. W książce niemal mnie nie ma — oddaję głos rozmówcom i rozmówczyniom. Czytelnik sam może zdecydować, jak ocenia konkretne historie, gdzie widzi granice, gdzie rozumie kompromisy.

Chciałbym, żeby po tej lekturze ludzie trochę więcej myśleli o innych. Żebyśmy nie dali się całkowicie ponieść kultowi indywidualizmu, bo w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy od siebie bardziej zależni, niż nam się wydaje.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Piotr Czubowicz

 

 

Jędrzej Dudkiewicz – dziennikarz freelancer do spraw społecznych, współpracuje głównie z portalem NGO.pl, Wysokimi Obcasami, serwisami Sestry.eu oraz ir2.info. Autor książki „Inny dom. Ludzie, system i granice wsparcia w polskich DPS”.