Jak wygląda opieka senioralna z perspektywy małej gminy, w której co trzeci mieszkaniec jest seniorem? O wyzwaniach związanych ze wsparciem osób starszych oraz codziennych realiach funkcjonowania lokalnego systemu pomocy podczas II Ogólnopolskiej Konferencji Opieki Senioralnej opowiadał Maciej Klimek, kierownik Ośrodka Pomocy Społecznej w Wojkowicach.
Teoria opieki instytucjonalnej a praktyka
Maciej Klimek zaczął od tezy, która brzmi prosto, ale w praktyce wywraca do góry nogami sposób myślenia o opiece instytucjonalnej. — Dom Pomocy Społecznej nie zaczyna się w dniu wydania decyzji. Zaczyna się dużo wcześniej, w momencie, gdy środowisko przestaje udźwigać człowieka — powiedział. To zdanie ustawia właściwą perspektywę: instytucja nie jest pierwszym krokiem opieki, lecz ostatnim etapem, do którego powinno się dochodzić stopniowo, świadomie, z udziałem rodziny i przy wcześniejszym wsparciu ze strony systemu. Tyle teoria. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej.
Rodziny zgłaszają się do ośrodka pomocy społecznej najczęściej wtedy, gdy sytuacja wymknęła się już spod kontroli. Senior przebywa w szpitalu, ma zostać wypisany, a bliscy w ciągu kilku godzin muszą podjąć decyzję, o której wcześniej nigdy nie rozmawiali. To dobrze znany pracownikom pomocy społecznej moment kryzysowy. — „Proszę coś zrobić” — słyszymy wtedy najczęściej wtedy, gdy czasu na działanie już właściwie nie ma — mówił Maciej Klimek. Reakcja sali była najlepszym dowodem na to, że Wojkowice nie są pod tym względem wyjątkiem — podobne historie rozgrywają się każdego dnia w ośrodkach pomocy społecznej w całej Polsce.
Szczególną frustrację, zdaniem Macieja Klimka, budzi model współpracy między ochroną zdrowia a pomocą społeczną — a właściwie jego brak. W praktyce przypomina to przekazywanie gorącego kartofla: szpital wypisuje starszego pacjenta, często bez rodziny, bez diagnozy środowiskowej i bez żadnego planu, po czym dzwoni do OPS: „Jutro wychodzi Pan Tadeusz, lat 85, nie ma rodziny, zróbcie coś” — opowiadał.
Klimek nie ma wątpliwości, jak powinno to wyglądać: jako proces, w którym jest czas na diagnozę, rozmowę z rodziną, analizę możliwych rozwiązań i zaplanowanie realnego wsparcia. Zamiast tego mamy sytuację, w której człowiek jest przerzucany z jednego systemu do drugiego — bez koordynacji, bez ciągłości i bez jasno określonej odpowiedzialności po żadnej ze stron. To właśnie w tym obszarze napięcia są najbardziej widoczne i, jak podkreślał, tutaj system pęka najgłośniej.
Rodzina, która znika
Prelegent nie unikał tematów niewygodnych, choć dobrze znanych każdemu, kto pracuje w pomocy społecznej. Mówił o sytuacjach, które zdarzają się regularnie i które za każdym razem są jednakowo trudne. — Babcia trafia do placówki, a gdy przychodzi moment podpisania umowy o współfinansowaniu pobytu kontakt z rodziną nagle się urywa. Nikt nie odbiera telefonów. Ludzie po prostu znikają — opowiadał.
Jak zaznaczał, to nie jest wyłącznie kwestia pieniędzy. To symptom głębszego problemu: zbyt powszechnego założenia, że gdy senior wymaga wsparcia, system publiczny automatycznie przejmuje całą odpowiedzialność — niezależnie od wcześniejszych relacji, historii rodzinnej czy możliwości finansowych bliskich. — W Polsce wciąż zbyt łatwo zakładamy, że skoro senior wymaga wsparcia, to pomoc społeczna się nim zajmie. Tak nie powinno być — mówił wprost.
Gmina, która nie ma kim pomagać
Wojkowice to gmina licząca 8,5 tysiąca mieszkańców, z czego ponad 3,2 tysiąca przekroczyło sześćdziesiąty rok życia. Ta proporcja — blisko 38 procent — nie jest wyjątkiem na mapie Polski, ale dobrze pokazuje skalę wyzwań, z jakimi mierzą się dziś samorządy i lokalne systemy wsparcia. Z jednej strony rosną potrzeby starzejącego się społeczeństwa, z drugiej — coraz bardziej dramatyczny staje się brak ludzi gotowych pracować w sektorze opieki i pomocy społecznej. Ten problem nie dotyczy wyłącznie Wojkowic — podobne sygnały płyną z ośrodków pomocy społecznej w całym kraju, gdzie braki kadrowe stają się jednym z największych zagrożeń dla ciągłości usług.
W ośrodku kierowanym przez Macieja Klimka sytuację dodatkowo komplikuje struktura wiekowa zespołu: ponad jedna trzecia pracowników osiągnęła już wiek emerytalny. To doświadczenie bezcenne — ale trudne do zastąpienia. — Gdy ogłosiłem nabór na stanowisko asystenta rodziny, przez pół roku nie zgłosił się nikt — przyznał. To pokazuje, że kryzys kadrowy w pomocy społecznej nie jest już ryzykiem na przyszłość, lecz rzeczywistością, z którą wiele gmin mierzy się każdego dnia.
Programy, które nie tworzą systemu
Jeden z najbardziej komentowanych fragmentów wystąpienia dotyczył sposobu finansowania usług społecznych. — Asystent osobisty, opieka wytchnieniowa, opieka 75+, Korpus Wsparcia Seniorów… Nic nie robimy, tylko realizujemy programy — powiedział. I nie chodzi tylko o ich liczbę. Chodzi o logikę, w jakiej funkcjonują. Każdy program jest odrębny, ma własne zasady, własne terminy, własną sprawozdawczość. Nie tworzą razem spójnego systemu — tworzą zbiór nakładających się na siebie projektów, między którymi trudno koordynować działania i budować cokolwiek trwałego.
Do tego dochodzi problem finansowania na czas. Środki trafiają do gmin z opóźnieniem, często kilkumiesięcznym. Skutek jest przewidywalny. — Mamy połowę maja i gminy nadal nie wiedzą, czy dostaną środki. Zaczynamy usługi w lipcu albo sierpniu i prowadzimy je przez kilka miesięcy. To absurd — mówił. W takich warunkach niemożliwe jest budowanie długofalowych relacji z podopiecznymi, zatrudnianie pracowników na stabilnych warunkach ani jakiekolwiek sensowne planowanie. Samorządy nie prowadzą polityki senioralnej — administrują projektami.
Co działa: klub seniora i zwykłe wyjście z domu
Na tle katalogu problemów prelegent wskazał też to, co w jego ocenie realnie przynosi efekty — i to bez rozbudowanej infrastruktury czy dużych nakładów finansowych. Od pięciu lat prowadzi klub seniora. Niemal ten sam skład — 35 osób, które spotykają się regularnie dwa razy w tygodniu. — Widzę po nich, że sama konieczność wyjścia z domu dwa razy w tygodniu zmienia ich starość — mówił. Nie chodzi o intensywne programy aktywizacyjne ani o wyspecjalizowane terapie. Chodzi o coś znacznie prostszego — o regularny kontakt z innymi ludźmi, o poczucie, że jest się częścią społeczności — zaznaczył.
Gdy krytyka trafia pod niewłaściwy adres
Klimek zakończył wystąpienie, wracając do ludzi, którzy system opieki podtrzymują na co dzień — pracowników socjalnych, opiekunów i kierowników placówek — oraz do narracji, która w jego ocenie bywa wobec nich niesprawiedliwa. Zwracał uwagę, że publiczne oceny pracy pomocy społecznej często pomijają realia, w jakich funkcjonuje ten system. Podkreślał, że pojedyncze błędy czy potknięcia mogą się zdarzać, jednak nie powinny przesłaniać szerszego obrazu ani prowadzić do uproszczonych ocen całego środowiska.
Jak zaznaczał, pracownicy terenowi działają w ramach rozwiązań systemowych, na które nie mają wpływu — nie tworzą przepisów, nie decydują o finansowaniu ani o konstrukcji programów wsparcia. — Każdemu może zdarzyć się pomyłka, ale nie można przenosić odpowiedzialności za niedoskonałości systemu na ludzi, którzy go realizują w praktyce — mówił.
Maciej Klimek zakończył wystąpienie apelem, który można odczytać jako wezwanie do zmiany perspektywy w całej debacie o opiece senioralnej: – Starajmy się, żeby osoby starsze były najważniejsze w tym systemie. Nawet jeśli ustawy nie zawsze za nimi nadążają.
Piotr Czubowicz
Redaktor Magazynu „Polityka Senioralna”

