Film krótkometrażowy „Koma” opowiada historię długoletniego małżeństwa, które staje w obliczu bolesnej decyzji o rozstaniu. O tym, dlaczego młody twórca sięgnął po temat starzenia się i długoletniego związku, czym jest miłość po kilkudziesięciu latach i co kryje się za tytułem – rozmawiamy z autorem scenariusza i reżyserem Tomaszem Gąsiorowskim.
Fundacja Zaczyn, wydawca Magazynu „Polityka Senioralna” jest partnerem wspierającym film „Koma”.

Tomasz Gąsiorowski
Reżyser i scenarzysta. Absolwent reżyserii w Warszawskiej Szkole Filmowej. Autor filmu „Koma” z rolami Zdzisława Wardejna i Doroty Kamińskiej. Twórca filmu krótkometrażowego „Hańba” z udziałem Franciszka Pieczki oraz czarnej komedii „Stado”, prezentowanych na festiwalach w Polsce i za granicą (m.in. Scanorama, Grand OFF) oraz uwzględnionych w katalogach PISF „New Polish Shorts”.
Piotr Czubowicz: Skąd u młodego twórcy pomysł, by zrobić film o ludziach starszych i relacji dwojga ludzi z tak długim stażem?
To pytanie słyszę bardzo często, bo rzeczywiście wiele osób dziwi się, że jako młody twórca zainteresowałem się właśnie takim tematem. Moi rówieśnicy zwykle opowiadają historie dotyczące problemów nastolatków czy osób dwudziestokilkuletnich. Mnie to po prostu mniej interesowało.
Początkowo chciałem zrobić film o rozstaniu. Dopiero podczas researchu ten pomysł zaczął ewoluować. Oglądałem wiele wywiadów, czytałem artykuły, rozmawiałem z ludźmi. Trafiłem wtedy na bardzo inspirującą wypowiedź Jamesa Sextona, amerykańskiego adwokata rozwodowego, który opowiadał o kliencie rozwodzącym się w wieku 90 lat. Ta historia bardzo mnie poruszyła. Pomyślałem, jak niezwykle trudna, brutalna, ale jednocześnie odważna musi być taka decyzja po tylu wspólnie przeżytych latach. To stało się fundamentem filmu.

Czy „Koma” próbuje odpowiedzieć na pytanie, czym jest miłość po kilkudziesięciu latach wspólnego życia?
Jak najbardziej można tak interpretować ten film. Od początku zależało mi na tym, żeby to było kino refleksyjne — takie, które bardziej zadaje pytania, niż daje gotowe odpowiedzi. Pytanie o to, czym jest miłość, rzeczywiście przewijało się podczas pracy nad scenariuszem. Ale równie ważne było dla mnie pokazanie, jak skrywane tajemnice, wzajemne urazy i emocjonalne zaniedbanie potrafią zniszczyć relację. Czasami coś wydarza się wiele lat wcześniej, a mimo to pozostaje w człowieku i po latach wraca ze zdwojoną siłą.
Czy ten film jest także konfrontacją romantycznych wyobrażeń o miłości z rzeczywistością długoletniego związku?
Tak, choć nie był to mój główny punkt wyjścia. Jednak rzeczywiście można tak ten film odczytywać. W wieloletnich relacjach nie ma wyłącznie romantycznych momentów — są też nieporozumienia, zmęczenie codziennością, przyzwyczajenie. W „Komie” pokazujemy właśnie tę codzienność: trudną, czasem niewygodną, ale prawdziwą. Oczywiście są też momenty ciepła i bliskości, bo bez tego ten obraz byłby niepełny.
Tytuł filmu „Koma” od razu budzi skojarzenia ze śpiączką. To zamierzony trop?
Tak, dokładnie o to chodzi. „Koma” odnosi się do pewnego rodzaju emocjonalnej śpiączki — stagnacji, w której mogą znaleźć się ludzie żyjący ze sobą przez lata. To stan uśpienia relacji, przyzwyczajenia, życia obok siebie zamiast razem. Można to też odczytać jako metaforę życia „przespanego” u boku niewłaściwej osoby. Dodatkowo film ma taki senny, nostalgiczny klimat — wolny rytm, dużo przemijania, dużo ciszy. Tytuł bardzo dobrze to oddaje.
Za Wami pierwszy zamknięty pokaz filmu. Jakie były reakcje widzów?
To był bardzo ważny moment. Pokaz odbył się w Nałęczowie, gdzie powstawały zdjęcia, dla osób związanych z filmem — aktorów, członków ekipy, rodzin, ale także kilku seniorów. Odbiór był bardzo dobry. Wiele osób podchodziło po seansie i mówiło, że film ich poruszył. Były łzy, były emocje. Cenię też krytyczne uwagi, bo one zawsze pomagają zobaczyć film z innej perspektywy. Najciekawsze było to, że widzowie interpretowali go na różne sposoby — właśnie na tym mi zależało.
Dla kogo jest ten film?
Myślę, że to film uniwersalny, choć wymaga pewnej dojrzałości emocjonalnej. Dla młodszych widzów może być przestrogą — przypomnieniem, że relacji nie można zostawić samej sobie, że trzeba ją pielęgnować i dbać o komunikację. Dla starszych odbiorców może być okazją do refleksji i docenienia własnych relacji. Być może ktoś po obejrzeniu „Koma”pomyśli: „u nas tak nie jest” — i poczuje wdzięczność za to, co ma.

Czego najbardziej zabrakło w życiu bohaterów?
Bliskości. Komunikacji. Troski. Szacunku. Tak naprawdę zabrakło wszystkiego, co najważniejsze. To ludzie, którzy byli razem bardzo długo, ale od dawna już się nie kochali. Trwali przy sobie z przyzwyczajenia, z poczucia obowiązku, z wygody, z powodu wspólnej historii.
W krótkim metrażu trzeba pewne rzeczy pokazać wyraźniej niż w filmie pełnometrażowym, dlatego ich kryzys jest mocno zarysowany. Chciałem, żeby widz poczuł, jak bardzo ci bohaterowie się od siebie oddalili.
Powiedz coś więcej o twórcach filmu. Kto tworzył ten projekt?
To mój film dyplomowy z Warszawskiej Szkoły Filmowej. Od strony operatorskiej współtworzył go Mateusz Gzela — razem budowaliśmy język wizualny filmu i sposób opowiedzenia tej historii. Kierowniczkami produkcji były Alicja Pieczka i Zofia Tamecka. W głównych rolach wystąpili Zdzisław Wardejn oraz Dorota Kamińska. W rolach epizodycznych pojawili się również aktorzy związani z Lubelszczyzną i lokalnymi teatrami.
Co dalej z filmem?
Teraz zaczyna się jego festiwalowe życie. To właśnie po to robi się takie filmy — żeby trafiły do szerokiej publiczności, do ludzi, którzy nie znają twórców i mogą spojrzeć na ten obraz całkowicie obiektywnie. „Koma” została już zgłoszona na wiele festiwali, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Na konkretne decyzje trzeba jeszcze poczekać, bo film został ukończony stosunkowo niedawno. Mam nadzieję, że od najbliższych miesięcy zacznie swoją festiwalową drogę — i że spotka się z widzami w różnych miejscach.
I tego wam życzymy. Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czubowicz
Redaktor Magazynu „Polityka Senioralna”

