Szwedzki system opieki senioralnej uchodzi za jeden z najlepiej rozwiniętych w Europie. System ma jednak również swoje słabości. O tym, co rzeczywiście działa w Szwecji, czego nie warto kopiować i jakie rozwiązania można byłoby przenieść na polski grunt, rozmawiamy z Justyną Kowalską, która od ponad dekady pracuje w szwedzkiej opiece senioralnej.

Justyna Kowalska
Dyplomowana opiekunka medyczna (legitimerad undersköterska) z ponad dziesięcioletnim doświadczeniem w szwedzkim systemie opieki i ochrony zdrowia. Od lat związana z sektorem opieki senioralnej w Nacka kommun. Doświadczenie zdobywała również w szpitalu geriatrycznym w Danvikshem oraz na oddziale psychiatrii w Danderyd sjukhus. Od 2018 roku certyfikowana instruktorka programu Stjärmärkt (Svenskt Demenscentrum) podnoszacego standardy opieki nad osobami z demencja oraz wykwalifikowany mentor (handledare) odpowiedzialny za wdrażanie nowych pracowników i opiekę nad praktykantami. Absolwentka II Liceum Ogólnokształcącego im. Hugona Kołłątaja w Wałbrzychu o profilu humanistycznym z elementami dziennikarstwa. W przeszłości zaangażowana także w polonijną działalność artystyczno - teatralną.
Polska czy Szwecja? Gdzie lepiej się zestarzeć?
W żadnym z tych państw. Zarówno w Polsce, jak i w Szwecji świadczenia emerytalne często są po prostu nieadekwatne do kosztów życia. W pewnym momencie konieczne może się więc stać korzystanie z pomocy socjalnej. Z finansowego punktu widzenia najbardziej korzystnym rozwiązaniem jest chyba wyprowadzka do Polski ze szwedzką emeryturą. Oczywiście dopóki człowiek jest zdrowy i samodzielny. Osobiście nie wyobrażam sobie sytuacji, w której moje dziecko miałoby zostać obciążone opieką nade mną. Jeżeli kiedyś będę potrzebować takiej pomocy, powinna ona przyjść z zewnątrz.
Natomiast jeśli chodzi o sam system opieki nad seniorami, to Szwecja, moim zdaniem, nadal pozostaje bezapelacyjnym liderem. Tutaj można mieszkać we własnym domu tak długo, jak to tylko możliwe, i jednocześnie otrzymywać pomoc państwa w ramach hemtjänst, czyli opieki domowej. Najczęściej pomagają osoby wykonujące zawód zbliżony do polskiego opiekuna medycznego, które mają legitymację zawodową, albo tak zwani opiekunowie pomocniczy. Pomagają seniorowi w codziennych czynnościach, dokładnie w takim zakresie, jaki został wcześniej ustalony na podstawie jego potrzeb.
Senior, w zależności od wysokości emerytury, płaci za te usługi stosunkowo niewielką kwotę, a zdecydowaną większość rzeczywistych kosztów pokrywa gmina. Nawet osoba z bardzo wysoką emeryturą nie zapłaci więcej niż określona z góry maksymalna miesięczna opłata. Obecnie jest to 2660 koron szwedzkich. I jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Jeżeli po opłaceniu mieszkania seniorowi zostaje tak mało pieniędzy, że nie wystarcza mu na podstawowe potrzeby, wtedy opieka domowa może być całkowicie bezpłatna.
Na tym właśnie polega filozofia szwedzkiego państwa opiekuńczego. Przez całe życie zawodowe płaci się relatywnie wysokie podatki, ale w zamian, kiedy człowiek się starzeje i potrzebuje pomocy, może liczyć na państwo. I ta pomoc nie jest uzależniona wyłącznie od tego, jak wysoką ma się emeryturę czy ile ma się odłożonych oszczędności.
Czego moglibyśmy się nauczyć od Szwedów w zakresie opieki nad seniorami?
Szwecja jest uważana za lidera nie tylko ze względu na finansowanie sektora opieki. Ważne są też integracja technologii, empatyczne podejście do drugiego człowieka i systematyczne kształcenie personelu zgodnie z aktualną wiedzą i najnowszymi badaniami dotyczącymi chorób neurodegeneracyjnych. Takim swoistym kompasem, jeśli chodzi o etykę i standardy opieki nad osobami z demencją, jest Szwedzkie Centrum Demencji, czyli Svenskt Demenscentrum. Centrum prowadzi między innymi program szkoleniowy dla tzw. Stjärnmärkt instruktör, co można dosłownie przetłumaczyć jako „gwiezdny instruktor”. Chodzi o osoby, które później szkolą personel w swoich placówkach.
Te szkolenia dotyczą między innymi etyki i komunikacji z osobami z demencją oraz ich bliskimi, niefarmakologicznego radzenia sobie z zachowaniami trudnymi, czyli BPSD, a także pracy w modelu skoncentrowanym na osobie. Jest też bardzo ważna zasada Nollvision – czyli dążenie do całkowitego wyeliminowania przymusu i ograniczeń wobec osób chorych. Co ważne, praca tych instruktorów nie kończy się w momencie, kiedy szkolenie zostanie przeprowadzone. Każdego roku placówka wybiera obszar, w którym chce się rozwijać, a następnie raportuje swoje postępy do Szwedzkiego Centrum Demencji. Sam program szkoleniowy został opracowany przez multidyscyplinarny zespół i opiera się na najnowszych badaniach dotyczących chorób otępiennych.
Do tego dochodzi jeszcze kwestia danych. Każda przeszkolona placówka ma za zadanie zarejestrować wszystkich swoich mieszkańców z diagnozą demencji w bazie SveDem. Zebrane tam dane są później wykorzystywane do badań naukowych, ale też do identyfikowania obszarów, które wymagają poprawy.
Szwedzki system opieki nie powstał oczywiście w ciągu kilku lat. Jest budowany już od kilku dekad. Szwedzkie społeczeństwo zaczęło się systematycznie starzeć już w XX wieku, więc Szwedzi mają ogromne doświadczenie i możliwość wyciągania wniosków z tego, co działało, a co nie. Przed Polską stoi natomiast mnóstwo wyzwań i musimy się z nimi zmierzyć w zdecydowanie krótszym czasie. Myślę, że jedną z rzeczy, których możemy się dziś od Szwedów nauczyć, jest przede wszystkim współpraca w ramach multidyscyplinarnego zespołu. Mam na myśli współpracę wszystkich osób zaangażowanych w opiekę – od lekarza i pielęgniarki, przez fizjoterapeutę i terapeutę zajęciowego, aż po opiekuna i bliskich osoby chorej. Tylko taka współpraca pozwala utrzymać możliwie wysoką jakość życia pacjenta i właściwie reagować na zmieniające się potrzeby zdrowotne.
I warto podkreślić, że jest to kierunek zmian, który możemy wprowadzać już teraz. Nie wymaga on od razu zwiększenia budżetu całego sektora opieki. Chodzi przede wszystkim o lepszą organizację, integrację i usprawnienie współpracy pomiędzy osobami, które już w tym systemie pracują.
Co najbardziej zaskoczyło Panią na początku, a co z dzisiejszej perspektywy uważa Pani za największą zaletę szwedzkiego systemu?
Na początku wszystko było dla mnie totalnym zaskoczeniem i zupełnie nowym doświadczeniem. Chociażby sam przebieg chorób otępiennych – to, co dzieje się wtedy z człowiekiem, jak choroba kawałek po kawałku odbiera mu kolejne obszary samodzielności. Można się o tym uczyć, przeczytać mnóstwo książek, ale dopiero w bezpośrednim zderzeniu z rzeczywistością widać prawdziwą skalę tego wyzwania. Teorię można znać, można wiedzieć, jak przebiega choroba, ale emocji, bezradności i tego codziennego zmagania się z chorobą można doświadczyć dopiero w praktyce.
Myślę, że największą zaletą szwedzkiego systemu jest to, że on nie stoi w miejscu. Szwecja mogłaby przecież spocząć na laurach i powiedzieć: jesteśmy europejskim liderem, więc wszystko robimy dobrze. Ale tego nie robi. Cały czas szuka nowych rozwiązań i potrafi też przyznać, że pewne rzeczy wymagają poprawy. Dobrym przykładem są zmieniające się przepisy, nowe wytyczne, a także reformy. Mam na myśli między innymi nową ustawę o opiece społecznej, czyli Socialtjänstlagen, czy reformy w ramach programu „God och nära vård”, czyli dobrej i bliskiej opieki. Wprowadzane ustawy kładą nacisk na łatwiejszy dostęp do profilaktyki bez zbędnej biurokracji, stały kontakt opiekuńczy oraz cyfrową standaryzację jakości opieki w całym kraju. Na uznanie zasługuje sama chęć szukania nowych rozwiązań i odważnego wyznaczania lepszych standardów, zamiast trzymania się utartych schematów. Choć na ocenę realnej efektywności tych reform jest jeszcze za wcześnie, to sam kierunek zmian – nastawiony na ciągłość opieki i bezpieczeństwo seniora – jest jednoznacznie pozytywny.
Co te ustawy zmienią w praktyce? Podam przykład z mojej pracy. Jedna z naszych podopiecznych w ciężkim stanie została wysłana do szpitala, a potem do hospicjum, ponieważ nasz ośrodek nie posiada koncentratora tlenu i nie mogliśmy pomóc jej na miejscu, co dla osoby z demencją generuje dodatkowy stres i brak poczucia bezpieczeństwa. Na mocy ustawy, domy opieki zostaną zaopatrzone w tego typu sprzęt medyczny.
System coraz mocniej stawia na profilaktykę, na to, żeby senior miał stały kontakt z konkretną osobą odpowiedzialną za jego opiekę, a także na kompetencje językowe personelu i bezpieczeństwo. To wszystko pokazuje, że szwedzki system cały czas się zmienia. Wyciąga wnioski z własnych doświadczeń, reaguje na problemy i nieustannie podnosi sobie poprzeczkę. I chyba właśnie tego najbardziej warto się od niego uczyć.
A gdzie dostrzega Pani największe słabości szwedzkiego systemu opieki? O jakich problemach mówi się mało?
W Szwecji, podobnie jak w wielu innych państwach Europy, brakuje pracowników – zarówno lekarzy i pielęgniarek, jak i opiekunów medycznych. Te braki kadrowe sprawiają, że lekarze pierwszego kontaktu muszą bardzo ściśle trzymać się algorytmów i wytycznych klinicznych. Ich zadaniem jest między innymi filtrowanie pacjentów. Do specjalisty kieruje się dopiero wtedy, kiedy zostaną spełnione określone, twarde kryteria. To niestety może opóźniać wczesną diagnostykę.
Ten problem bezpośrednio dotyka również domów opieki. Trafiają tam osoby wymagające stałej pomocy, zazwyczaj z całym zestawem diagnoz i chorób przewlekłych. Lekarz pojawia się w placówce stosunkowo rzadko, więc ciężar bieżącego monitorowania stanu zdrowia spada przede wszystkim na pielęgniarki i opiekunów. To właśnie od ich czujności i umiejętności zauważenia oraz zgłoszenia zmian często zależy, czy lekarz zostanie w odpowiednim momencie powiadomiony i będzie mógł zareagować. Dlatego tak ważne jest, żeby opiekunowie byli odpowiednio przeszkoleni, dobrze przygotowani merytorycznie, ale też empatyczni. Tylko wtedy są w stanie zauważyć te drobne, czasem bardzo subtelne zmiany w stanie zdrowia seniora.
Jeśli chodzi o wynagrodzenia, to w placówkach gminnych – czego przykładem jest Nacka kommun, gdzie sama pracuję – pensje nie spadają poniżej średniej dla tego zawodu. W sektorze prywatnym sytuacja wygląda jednak różnie i stawki bywają zdecydowanie niższe. Co więcej, część prywatnych podmiotów oszczędza również na szkoleniach i podnoszeniu kwalifikacji personelu. W efekcie placówki oferujące najniższe wynagrodzenia mają często większy problem z rotacją pracowników, a czasem zatrudniają osoby bez odpowiednich kwalifikacji albo bez właściwego podejścia do seniora. A to oczywiście bezpośrednio przekłada się na jakość opieki.
Jest jeszcze jeden problem – wydolność szpitali. To z kolei przekłada się nie tylko na sytuację pacjentów, ale również na ogromne koszty finansowe i logistyczne. Mamy w Szwecji ustawową gwarancję opieki, która zakłada między innymi wykonanie zabiegu w ciągu 90 dni od momentu podjęcia decyzji o jego przeprowadzeniu. Żeby dotrzymać tych terminów, regiony, szczególnie te na północy kraju, wydają setki milionów koron na kierowanie pacjentów do klinik w innych częściach Szwecji. Dla wielu osób, szczególnie starszych i schorowanych, podróż samolotem czy pociągiem na drugi koniec kraju jest ogromnym obciążeniem.
Z kolei ci pacjenci, którzy ze względów zdrowotnych nie są w stanie podjąć takiej podróży, mogą miesiącami czekać na leczenie, często żyjąc w przewlekłym bólu. To jest więc trochę rozwiązanie doraźne. Z jednej strony pozwala ograniczyć skutki problemu i dotrzymać ustawowych terminów, ale z drugiej nie rozwiązuje jego przyczyny, czyli strukturalnych braków kadrowych w lokalnych placówkach.
Jaką rolę odgrywają nowe technologie? Czy są powszechnie używane w Szwecji w sektorze opieki? Jeśli tak – jakie to narzędzia?
W ośrodkach nie korzysta się z kamer ani innych form podglądu, ponieważ mogłoby to naruszać autonomię i prywatność seniora. Zamiast tego stosuje się bezobrazowe, inteligentne czujniki ruchu, nacisku czy czujniki radarowe, które pozwalają monitorować sytuację bez zaglądania seniorowi do pokoju. Personel dostaje automatyczny sygnał na służbowy smartfon tylko wtedy, kiedy dzieje się coś, co może wymagać interwencji. Na przykład kiedy senior wstaje z łóżka i może potrzebować pomocy. Czujniki ruchu mogą też wspierać zapobieganie upadkom.
Jednocześnie zabronione są stare, drastyczne metody ograniczania swobody, takie jak przypinanie seniora pasami. Dobrym przykładem jest opieka nad osobami z demencją, które mają potrzebę przemieszczania się czy wychodzenia na zewnątrz. W budynku wszystkie drzwi pozostają otwarte. Nie ma kodów ani zamykania drzwi na klucz, bo takie rozwiązania mogłyby wywoływać u osoby z demencją lęk i frustrację. Tylko główne wejścia są zamykane na noc, ze względów bezpieczeństwa.
Zamiast ograniczać seniorowi możliwość poruszania się, stosujemy tak zwany alarm strefowy. Senior może mieć go w formie zegarka na rękę albo naszyjnika. System jest zintegrowany ze służbowymi smartfonami, więc personel dostaje powiadomienie i wie, w którym miejscu budynku znajduje się senior oraz kiedy wychodzi na zewnątrz. Dzięki temu możemy odpowiednio wcześnie zareagować. Jeżeli widzimy, że senior wychodzi, opiekun może dyskretnie za nim podążyć i zapewnić mu bezpieczeństwo, nie ograniczając jego swobody.
Jeśli jest taka potrzeba, senior może otrzymać również nadajnik GPS. Dotyczy to osób z demencją, które mają silną potrzebę wychodzenia, ale jednocześnie nie są już w stanie samodzielnie znaleźć drogi powrotnej. W takiej sytuacji możemy szybko ustalić, gdzie senior się znajduje, i bezpiecznie sprowadzić go do domu. Chodzi o to, żeby zapewnić bezpieczeństwo, ale nie odbierać człowiekowi prawa do swobody i ruchu.
Jeśli chodzi o cyfryzację i dokumentację, warto rozróżnić tutaj dwie rzeczy. Z jednej strony mamy ogólnokrajowy system, do którego dostęp ma sam pacjent, a lekarze mogą uzyskać dostęp za jego elektroniczną zgodą. Z drugiej strony, w codziennej pracy w domu opieki korzystamy z dwóch zintegrowanych rodzajów dokumentacji. Prowadzimy dokumentację dotyczącą opieki społecznej, a jednocześnie mamy dostęp do dokumentacji medycznej prowadzonej przez naszą pielęgniarkę.
Dzięki temu cały zespół ma dostęp do potrzebnych informacji i może działać w sposób spójny. Technologia i cyfryzacja mają przede wszystkim zapewniać ciągłość i bezpieczeństwo opieki, a nie odbierać seniorowi prywatność czy godność.
Jeśli chodzi natomiast o sztuczną inteligencję, to na razie nie jest ona stosowana w naszej codziennej pracy. Oczywiście w publikacjach branżowych pojawiają się dyskusje o tym, jak AI mogłaby w przyszłości wspierać opiekę, ale na ten moment są to przede wszystkim rozważania dotyczące przyszłości.
Gdyby mogła Pani przenieść do Polski kilka rozwiązań funkcjonujących w Szwecji, co znalazłoby się na tej liście?
Na polski grunt przeniosłabym przede wszystkim rozwinięty, powszechny system alarmów bezpieczeństwa, w Szwecji znany jako trygghetslarm. To proste urządzenie – na przykład w formie opaski na rękę lub wisiorka z przyciskiem SOS połączonym z centralą i komunikatorem. Gdy senior naciśnie przycisk, operator natychmiast odzywa się przez głośnik, pyta o stan zdrowia i potrzebną pomoc, a w przypadku braku kontaktu lub zagrożenia życia od razu wzywa służby pod numerem 112 lub wysyła mobilny patrol opiekuńczy.
Obok technologii widzę ogromną potrzebę systemowej edukacji – zarówno dla opiekunów formalnych w placówkach, jak i rodzin opiekujących się bliskimi w domach. Chętnie włączyłabym się w tworzenie i prowadzenie takich szkoleń, dzieląc się praktycznym doświadczeniem i szwedzkimi standardami opieki.
Kolejnym kluczowym obszarem, który warto wdrożyć w Polsce, jest zasada ergonomii i powszechna dostępność sprzętu wspomagającego ruch. W Szwecji powtarza się motto: „Mamy seniora przemieszczać, a nie dźwigać”. To fundamentalna różnica w podejściu.
Praca opiekuna jest niezwykle obciążająca dla kręgosłupa i podatna na kontuzje, ale dzięki odpowiednim narzędziom można ten problem znacząco zminimalizować. Korzystamy z szerokiego wachlarza urządzeń wspomagających, które dobiera się precyzyjnie do aktualnych sprawności i możliwości seniora.
Bardzo bym chciała, aby w polskich placówkach – zwłaszcza w Domach Pomocy Społecznej – znalazły się systemowe środki na zakup takiego sprzętu. To nie tylko kwestia godności pacjenta, ale też ochrony zdrowia samych opiekunów. Spadek liczby kontuzji i zniwelowanie bolesnego obciążenia fizycznego sprawiłyby, że zawód opiekuna w Polsce stałby się bezpieczniejszy i znacznie bardziej atrakcyjny na rynku pracy.
Na pewno jest więcej rzeczy, które warto byłoby przenieść na polski grunt, ale te trzy obszary uważam za kluczowe. Mam pełną świadomość, że wdrożenie wielu z nich to kwestia finansowania, na które Polska nie może sobie jeszcze pozwolić, ale warto stopniowo dążyć do tych standardów.
A czego nie powinniśmy kopiować?
Jeśli pytamy o to, czego absolutnie nie powinniśmy kopiować ze szwedzkiego systemu, wskazałabym przede wszystkim na zbyt naiwne otwarcie rynku opieki dla prywatnych podmiotów, bez odpowiednio silnego nadzoru. Dobrze pokazuje to książka Miry Klingberg Hjort i Karla Martinssona „Hemtjänstmaffian”, czyli „Mafia opieki domowej”. Autorzy opisują, do czego może prowadzić prywatyzacja opieki domowej przy niewystarczającej kontroli – z jednej strony do wyłudzania środków publicznych, a z drugiej do wyzysku pracowników. Po wybuchu tych skandali Szwecja zaczęła ten system naprawiać. Zaostrzono przepisy, uszczelniono system i nałożono na gminy obowiązek dokładnego sprawdzania prywatnych podmiotów jeszcze przed wydaniem zgody na ich działalność.
Tymczasem podobny problem braku nadzoru i nadmiernego obciążania personelu możemy dziś obserwować na rynku opieki w Niemczech i w Polsce, gdzie rozwija się model całodobowej opieki z opiekunem mieszkającym w domu seniora. Z perspektywy prawnej i pracowniczej budzi to poważne wątpliwości. Nienormowany czas pracy, ograniczenie prawa do prywatnego życia i oczekiwanie właściwie stałej dyspozycyjności – to wszystko może prowadzić do nadużyć. Dlatego państwo powinno bardzo dokładnie kontrolować takie firmy. Chodzi przecież o ochronę nie tylko pieniędzy publicznych, ale również samych seniorów i praw pracowników.
Podobną ostrożność zachowałabym w przypadku niektórych szwedzkich rozwiązań w ochronie zdrowia, szczególnie jeśli chodzi o dostęp do lekarza pierwszego kontaktu. W Szwecji kontakt z przychodnią odbywa się przede wszystkim telefonicznie albo przez czat. Jeżeli sprawa nie jest pilna i zgodnie z procedurami może poczekać – choćby przy stosunkowo łagodnych dolegliwościach, które można łagodzić lekami przeciwbólowymi – na zwykłą wizytę można czekać od dwóch tygodni nawet do miesiąca.
W ciągu dnia alternatywą są punkty pomocy doraźnej, czyli närakuten, gdzie można skonsultować się z lekarzem i dostać receptę. W nocy pozostaje natomiast główny szpitalny oddział ratunkowy. Tam pacjenci są oczywiście kwalifikowani według pilności przypadku.
Rozumiem, dlaczego taki system funkcjonuje w medycynie ratunkowej. Problem pojawia się jednak wtedy, kiedy na oddział ratunkowy trafiają pacjenci, którzy w ogóle nie powinni się tam znaleźć. Wielu takich wizyt można byłoby uniknąć, gdyby pacjent odpowiednio wcześnie otrzymał pomoc od lekarza pierwszego kontaktu. W efekcie ludzie potrafią spędzić całą noc w szpitalnej poczekalni. Jak już wcześniej wspominałam, w Szwecji zdecydowanie nie brakuje łóżek – brakuje natomiast ludzi do pracy.
Dlatego na oddziałach ratunkowych nie zawsze mamy tradycyjne gabinety dla każdego pacjenta. Osoby, które wymagają pozycji leżącej, trafiają czasem do wnęk na korytarzu oddzielonych zasłonami, a pozostali czekają na krzesłach. Zdarza się też, że pacjent o niższym priorytecie w ogóle nie rozmawia bezpośrednio z lekarzem. To pielęgniarka przeprowadza wstępną konsultację, a następnie kontaktuje się z lekarzem i przekazuje pacjentowi jego decyzję.
Dochodzi czasem również do sytuacji, które z perspektywy pacjenta wydają się wręcz absurdalne. Nawet jeżeli zostanie rozpoznana infekcja bakteryjna, lekarz na ostrym dyżurze może nie wystawić recepty na miejscu, tylko zalecić pacjentowi, żeby rano ponownie skontaktował się ze swoją przychodnią i tam poprosił o antybiotyk. Polska ma oczywiście własne problemy z wydolnością ochrony zdrowia, ale taki model organizacji podstawowej opieki zdrowotnej zdecydowanie nie jest kierunkiem, który powinniśmy bezrefleksyjnie kopiować.
Za dwadzieścia lat Polska będzie społeczeństwem znacznie starszym niż dziś. Jaką najważniejszą lekcję powinniśmy odrobić w Pani opinii w zakresie opieki?
Wskazanie jednej uniwersalnej lekcji jest niezwykle trudne, bo opieka nad seniorami obejmuje wiele wzajemnie powiązanych obszarów – od prawa i finansowania, przez kadry, aż po społeczne podejście do starości i opieki. Warto jednak powiedzieć, że w Polsce obserwujemy dziś bardzo pozytywny ruch i realne próby zmierzenia się z tym wyzwaniem. Ważnymi krokami są chociażby rozwiązania dotyczące opiekunów nieformalnych, rozwój programu opieki wytchnieniowej czy prace nad bonem senioralnym. Oczywiście te rozwiązania mają swoje niedoskonałości i wymagają dalszego dopracowania, ale sam fakt, że są wdrażane, jest bardzo ważnym sygnałem. Pokazuje, że potrzeby seniorów i ich rodzin zostały wreszcie dostrzeżone również na poziomie państwa.
Bardzo ważną rolę odgrywa też środowisko eksperckie. Inicjatywy takie jak Krajowy Konwent Ekspertów Opieki Senioralnej pozwalają spotkać się specjalistom z różnych dziedzin, wymieniać doświadczenia i wspólnie szukać rozwiązań odpowiadających na wyzwania starzejącego się społeczeństwa. Ale obok zmian systemowych jest jeszcze jedna, fundamentalna kwestia – nasze podejście do opieki. W Polsce ogromnym obciążeniem, zarówno psychicznym, jak i fizycznym, jest tak zwane pokolenie kanapkowe. To osoby, często wciąż aktywne zawodowo, które jednocześnie wspierają własne dzieci i opiekują się starzejącymi się rodzicami.
W naszej kulturze wciąż bardzo mocno zakorzenione jest przekonanie, że „nie wypada” oddać bliskiej osoby do placówki opiekuńczej. To powoduje ogromne poczucie winy i sprawia, że opiekunowie często doprowadzają się do skrajnego wyczerpania. Musimy więc zacząć głośno mówić o tym, że skorzystanie z profesjonalnej opieki nie oznacza porzucenia bliskiego ani braku miłości. W pewnym momencie, przy zaawansowanej chorobie czy niepełnosprawności, specjalistyczna placówka może być po prostu najlepszym, najbezpieczniejszym i najbardziej odpowiedzialnym rozwiązaniem – zarówno dla seniora, jak i dla jego rodziny.
Dlatego, gdybym miała wskazać najważniejszą lekcję, powiedziałabym, że potrzebujemy przede wszystkim zintegrowanego systemu. Takiego, w którym wsparcie państwa i elastyczne rozwiązania idą w parze ze zmianą naszego myślenia o opiece. Chodzi o to, żeby chronić zdrowie i godność nie tylko seniora, ale również osoby, która się nim opiekuje.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czubowicz
Redaktor Magazynu „Polityka Senioralna”

