Przez lata demografia była tematem niszowym. Dziś staje się sprawą każdego – pracodawcy, pracownika, rodzica, seniora. Zbigniew Bartuś, dziennikarz od kilkunastu lat piszący o demografii, tłumaczy, co odwrócona piramida wieku dla Polski oznacza.

Zbigniew Bartuś
Redaktor i publicysta Forsal.pl i Gazety Prawnej, gospodarz i moderator wielu wydarzeń. Współautor (z J. Hausnerem) książki „Wartość kontra chciwość”. Stypendysta Reutersa i Departamentu Stanu USA. Laureat wielu nagród, członek zarządu Fundacji Ofiar Auschwitz, Rotary, Stowarzyszenia Alumni.
Od kilkunastu lat pisze Pan o demografii, ale – jak sam Pan zauważył – dopiero od około dwóch lat te teksty biją rekordy popularności. Czy temat starzenia się społeczeństwa w końcu przebił się do mainstreamu?
Tak, bo ludzie zaczęli wreszcie rozumieć, że problemem nie jest sama liczba mieszkańców. Przez lata słyszałem komentarze: „No i co z tego, że Polska będzie mniejsza? Będzie więcej mieszkań, będzie luźniej”. Tymczasem od dawna tłumaczyłem – zresztą wspólnie z demografami, z którymi współpracuję – że kluczowa jest nie liczba ludzi, lecz struktura społeczeństwa.
Myślę, że przełomem było pokazanie dwóch piramid wieku. Najpierw tej z okresu międzywojennego, później z 1983 roku, a następnie współczesnej. Celowo wybrałem rok stanu wojennego, bo często słyszymy argument, że młodzi nie mają warunków do zakładania rodzin. Wtedy sytuacja była skrajnie trudna, a mimo to rodziło się ponad 700 tysięcy dzieci rocznie.
Gdy zestawimy tamte dane z dzisiejszymi, widać ogromną zmianę. Przed wojną osób w wieku 70 lat i więcej było około 860 tysięcy, natomiast dzieci rodziło się blisko milion rocznie. Społeczeństwo było bardzo młode. Ten stan utrzymywał się jeszcze na początku lat 80. Od tego czasu piramida wieku właściwie się odwróciła. Na jej górze, dzięki zwiększaniu długości życia, mamy już między 1,6 do 1,7 miliona osób w wieku 80 lat i więcej, a w ciągu dekady może ich być nawet 3 miliony.
Natomiast u podstawy – pojawiają się coraz mniej licznebne roczniki dzieci. W 2025 r. urodziło się nieco ponad 238 tys., a tym roku będzie to prawdopodobnie około 220 tysięcy. To pokazuje skalę zmiany.
Zwykle, gdy mówi się o kryzysie demograficznym, pierwszym skojarzeniem jest system emerytalny. Ale odwrócona piramida wieku ma przecież znacznie szersze konsekwencje. Jakie?
Właśnie to jest najważniejsze. Demografia przestała być tematem wyłącznie dla specjalistów od polityki senioralnej. Tak naprawdę wpływa na każdą dziedzinę życia – gospodarkę, rynek pracy, ochronę zdrowia, edukację, mieszkalnictwo czy finanse publiczne. Przez lata państwo działało reaktywnie. Zamiast zapobiegać problemom, próbowało jedynie doraźnie i punktowo ograniczać ich skutki. Tymczasem starzenie się społeczeństwa powinno być jednym z głównych punktów długofalowej strategii rozwoju kraju.
Dostrzegł to również biznes. Widzę, że przedsiębiorcy coraz częściej interesują się demografią, bo zaczyna ona bezpośrednio wpływać na ich działalność. Jeszcze w 2011 roku na rynek pracy wchodziło znacznie więcej młodych ludzi, niż odchodziło z niego na emeryturę. Przez poprzedzające ów rok dwie dekady przybyło nam około dwóch milionów osób w wieku produkcyjnym. Firmy miały z czego wybierać. Od tego czasu sytuacja całkowicie się odwróciła. Dziś co roku tracimy około 200 tysięcy osób w wieku produkcyjnym. Coraz mniej ludzi wchodzi na rynek pracy, a coraz więcej z niego odchodzi. I właśnie dlatego przedsiębiorcy zaczęli mówić o demografii. Nie dlatego, że nagle zainteresowali się statystyką, ale dlatego, że po prostu brakuje im pracowników.
Z jednej strony słyszymy, że brakuje pracowników, bezrobocie jest bardzo niskie, a z drugiej słyszymy o wykształconych i doświadczonych pracownikach, którzy miesiącami szukają pracy. Jak to wytłumaczyć?
Część tego problemu wynika z niedopasowania kwalifikacji i aspiracji młodych ludzi do potrzeb rynku pracy. W rozwiniętych gospodarkach istnieje wiele zawodów wymagających wykonywania monotonnych, powtarzalnych zadań, których większość młodych po prostu nie chce podejmować.
Widzę to choćby podczas spotkań z uczniami. Doradcy zawodowi zapraszają mnie do szkół, bo młodzi często znają tylko kilka najbardziej medialnych profesji. Całe klasy deklarują, że chcą zostać influencerami czy youtuberami, podczas gdy liczba osób, które rzeczywiście mogą się z tego utrzymać, jest bardzo ograniczona. To właśnie jest dziś jeden z największych problemów rynku pracy – niedopasowanie oczekiwań do rzeczywistych potrzeb gospodarki.
A co wydarzy się w kolejnych latach? Jakie są pańskie prognozy?
Dane są jednoznaczne. Według analiz Polskiego Instytutu Ekonomicznego w ciągu najbliższych dziesięciu lat około czterech milionów pracujących osiągnie wiek emerytalny. Tymczasem w ich miejsce wejdzie zaledwie około półtora miliona młodych osób. To oznacza lukę sięgającą około 2,5 miliona pracowników. Potem będzie tylko… gorzej. W symbolicznym roku 2043 w dorosłość wkraczać będzie owe 238 tys. dzieci z rocznika 2025. Równocześnie wiek emerytalny (jeśli go ustawowo nie zmienimy) osiągnie większość kobiet z rocznika 1983. Może ich być ponad 300 tys. Trzeba do tego dodać ponad 300 tys. mężczyzn z rocznika 1978. Różnica jest ogromna.
Ale skoro tak dynamicznie rozwija się sztuczna inteligencja i robotyzacja, to może problem niedoboru pracowników po prostu zniknie? Elon Musk twierdzi nawet, że za kilka lat praca stanie się opcjonalna.
To otwiera zupełnie nowy rozdział dyskusji. Rozwój sztucznej inteligencji stawia przed nami dwa fundamentalne pytania. Pierwsze dotyczy systemu podatkowego. Wyobraźmy sobie, że przemysł motoryzacyjny zostaje niemal całkowicie zautomatyzowany. W Chinach działają już tzw. dark factories – „ciemne fabryki”, w których praktycznie nie ma pracowników produkcyjnych. Maszyny pracują bez oświetlenia, a całą linię nadzoruje niewielka grupa programistów i inżynierów. To rozwiązuje problem niedoboru pracowników, ale jednocześnie oznacza, że tysiące ludzi tracą zatrudnienie.
Jeżeli taki model stanie się powszechny, państwo będzie musiało znaleźć nowy sposób finansowania usług publicznych i systemu zabezpieczenia społecznego. Innymi słowy – trzeba będzie odpowiedzieć na pytanie, jak opodatkować pracę wykonywaną przez roboty i algorytmy.
Drugie pytanie dotyczy odpowiedzialności i granic automatyzacji. Dziś wielu przedsiębiorców uwierzyło, że AI może zastąpić człowieka niemal wszędzie. Tymczasem coraz więcej firm wycofuje się z takich decyzji. Widzimy przypadki przedsiębiorstw, które zwolniły pracowników, zastępując ich algorytmami, a po kilku miesiącach zaczęły ich ponownie zatrudniać. To nie znaczy, że rezygnują z AI, ale już nie uważają, że da się wszystko zrobić całkowicie bez ludzi.
Dobrym przykładem jest Ford. Firma przekonała się, że sama automatyzacja nie gwarantuje jakości. Dlatego zaczęła ponownie zatrudniać doświadczonych inżynierów – tzw. white beards, „białe brody”, którzy potrafią wychwycić niuanse niedostrzegalne dla algorytmów. I chodzi nie tylko o kwestie czysto techniczne, ale i pozatechniczne. Bo jeśli tworzymy produkty dla ludzi, to człowiek nadal pozostaje niezastąpiony.
Jest jeszcze jeden aspekt. Nawet jeśli roboty będą produkowały wszystko szybciej i taniej, ktoś te produkty musi kupować. Zastępowanie pracowników sztuczną inteligencją może zepsuć rynek.
Dokładnie. Jest takie niebezpieczeństwo.
A może automatyzacja i robotyzacja powinny prowadzić zatem nie do eliminowania ludzi z rynku pracy, ale do skrócenia czasu pracy? Zamiast ośmiu godzin – na przykład cztery.
To byłaby jedna z najlepszych odpowiedzi na wyzwania demograficzne. Dziś zarówno młodzi, jak i starsi oczekują większej elastyczności w pracy. Młodsze pokolenia chcą pogodzić życie zawodowe z rodzinnym. Chcą by równowaga między pracą a życiem prywatnym nie była tylko hasłem. Tymczasem ceny mieszkań, presja finansowa i model pracy oparty na pełnej dyspozycyjności skutecznie ich do tego zniechęcają. Między innymi dlatego wielu młodych nie decyduje się na założenie rodziny. Z kolei wiele osób po sześćdziesiątce nie chce całkowicie rezygnować z pracy, ale nie chce też pracować w takim samym wymiarze jak dwadzieścia lat wcześniej. Chcieliby mieć więcej czasu dla rodziny, własnych pasji czy działalności społecznej.
Polski rynek pracy jest nadal bardzo mało elastyczny. Wciąż dominuje przekonanie, że dobry pracownik powinien być dostępny przez osiem godzin dziennie, a najlepiej jeszcze dłużej. Tymczasem technologia mogłaby wykonywać najbardziej monotonne i powtarzalne zadania, pozostawiając ludziom to, czego maszyny nie potrafią zastąpić: relacje, kreatywność, empatię i odpowiedzialność.
Widać to choćby w bankowości. Aplikacje mobilne ograniczyły liczbę stanowisk kasjerskich, ale kiedy idziemy po kredyt czy chcemy porozmawiać o ważnej decyzji finansowej, nadal oczekujemy rozmowy z człowiekiem, a nie z chatbotem.
Podobnie jest z obsługą klienta. Firmy inwestowały ogromne środki w automatyczne infolinie i chatboty, licząc na oszczędności. Tymczasem większość klientów przy pierwszej okazji wybiera opcję: „połącz z konsultantem”.
To samo dzieje się w kulturze. Sztuczna inteligencja potrafi wygenerować utwór „w stylu Queen”, ale ludzie nie chcą tego słuchać. Chcą autentyczności. Chcą słuchać Freddiego Mercury’ego, a nie algorytmu naśladującego Freddiego Mercury’ego.
Dlatego uważam, że największym błędem byłoby traktowanie AI jako substytutu człowieka. Powinniśmy myśleć o niej jako o narzędziu, które uwalnia ludzi od najbardziej monotonnej pracy, ale pozostawia to, co w człowieku najcenniejsze. Bo ostatecznie ta dyskusja nie dotyczy wyłącznie technologii. Dotyczy tego, jakim społeczeństwem chcemy być. Robotyzacja może pomóc poradzić sobie z kryzysem demograficznym, ale źle wykorzystana może osłabić więzi społeczne, ograniczyć aktywność zawodową i doprowadzić do świata, w którym technologicznie zyskamy bardzo wiele, ale jako ludzie – bardzo dużo stracimy.
Wspomniał Pan wcześniej, że zmiany demograficzne dostrzegł biznes. Jak firmy reagują na te zmiany?
Współpracuję z przedsiębiorcami z bardzo różnych branż – od małych rodzinnych firm, przez rzemiosło i handel, aż po największe międzynarodowe korporacje. W Krakowie funkcjonują centra usług biznesowych i technologicznych zatrudniające ponad 100 tysięcy osób, w tym dziesiątki tysięcy specjalistów IT. Każdy z tych sektorów ma swoje wyzwania, ale w kwestii demografii można wskazać dwa wspólne trendy.
Pierwszy to zmiana podejścia do wieku pracowników. Coraz więcej firm rozumie, że ogłoszenia typu „szukamy młodych do dynamicznego zespołu” są nie tylko przejawem ageizmu, ale przede wszystkim nie odpowiadają realiom rynku pracy. Kandydatów jest mniej, społeczeństwo się starzeje, więc trzeba nauczyć się zarządzać zespołami wielopokoleniowymi.
Jeszcze dwadzieścia lat temu wiele firm opierało się głównie na pracownikach w wieku 20–30 lat. Dziś w jednej organizacji pracują osoby mające 22 lata i takie, które przekroczyły sześćdziesiątkę, a czasem nawet siedemdziesiątkę. To oznacza konieczność wykorzystania doświadczenia starszych pracowników, a nie traktowania go jako przeszkody.
Firmy zaczynają dostrzegać, że wiedza osób z wieloletnim doświadczeniem jest bezcenna. Tego nie da się zastąpić ani algorytmami, ani instrukcjami zapisanymi w systemach informatycznych. To właśnie ci ludzie mogą pełnić rolę mentorów, przekazywać wiedzę i budować kulturę organizacyjną.
Cieszę się, że wspomniał Pan o ageizmie. Czy zauważa Pan zmiany w podejściu do rekrutacji osób po pięćdziesiątce?
Tak, choć ten proces dopiero się rozpędza. Coraz więcej firm zaczyna aktywnie szukać pracowników 50+, bo po prostu dostrzega ich potencjał. Problem polega na tym, że działy HR często tworzą bardzo młodzi ludzie. Naturalnie mają oni skłonność do wybierania kandydatów podobnych do siebie. To powoduje, że doświadczeni specjaliści bywają pomijani już na etapie rekrutacji.
A to zwyczajnie nie opłaca się biznesowi. Na rynku jest wielu świetnych menedżerów i ekspertów po pięćdziesiątce, którzy przeszli przez transformację gospodarczą, zarządzali zmianami i zdobyli doświadczenia, jakich ich rówieśnicy w wielu krajach Europy Zachodniej po prostu nie mieli. To ogromny kapitał. Coraz więcej przedsiębiorstw zaczyna więc zastanawiać się nie nad tym, jak zastąpić starszych pracowników, ale jak najlepiej wykorzystać ich wiedzę.
To oznacza również zmianę organizacji pracy?
Zdecydowanie. Firmy coraz częściej dochodzą do wniosku, że większa elastyczność zwyczajnie się opłaca. Nie wynika to z altruizmu, lecz z chłodnej kalkulacji. Przedsiębiorcy liczą koszty i widzą, że bardziej opłaca się zatrzymać dobrego pracownika niż szukać nowego. Dlatego pojawiają się elastyczne godziny pracy, możliwość pracy zdalnej czy rozwiązania ułatwiające łączenie pracy z życiem rodzinnym. Niektóre firmy tworzą własne żłobki i przedszkola, bo wyliczyły, że jest to tańsze niż utrata doświadczonych pracowników i kosztowna rekrutacja ich następców.
Podobnie wygląda sytuacja starszych pracowników. Coraz częściej proponuje się im inne role – mentoring, szkolenia, przekazywanie wiedzy młodszym zespołom czy pracę w niepełnym wymiarze godzin po osiągnięciu wieku emerytalnego. To rozwiązanie korzystne dla wszystkich. Firma nie traci doświadczenia, a pracownik pozostaje aktywny zawodowo i społecznie. Wiemy przecież, że aktywność po zakończeniu pełnoetatowej pracy sprzyja zarówno zdrowiu psychicznemu, jak i fizycznemu.
Spójrzmy teraz na problem z szerszej perspektywy. Wiemy, że przez najbliższe kilkanaście lat zmiany demograficzne są już właściwie przesądzone. Ale jeśli chcielibyśmy odwrócić ten trend w przyszłości, co należałoby zrobić, aby dzisiejsi młodzi ludzie chcieli zakładać rodziny i mieć więcej dzieci?
Przede wszystkim trzeba zacząć działać już dziś, bo efekty zobaczymy dopiero za dwadzieścia czy trzydzieści lat. Co ważne, coraz więcej badań pokazuje, że spadek dzietności nie jest chwilowym zjawiskiem. Najnowsze analizy Komisji Europejskiej oraz środowiska Population Europe wskazują, że jest to trwały proces obserwowany niemal na całym świecie. To nie dotyczy już wyłącznie Europy. W wielu krajach Azji, Ameryki Południowej, a nawet Afryki tempo wzrostu liczby ludności wyraźnie hamuje. Wraz z rozwojem gospodarczym maleje liczba dzieci przypadających na jedną kobietę. Mówimy o Polsce, ale weźmy… Chiny: w 2025 roku współczynnik dzietności wyniósł zaledwie 1,0, czyli nawet mniej niż u nas. To bardzo daleko od wskaźnika zastępowalności pokoleń wynoszącego 2,1. Urodziło się 7,92 miliona dzieci, zmarło 11,31 miliona osób. W Indiach, najludniejszym państwie świata, współczynnik też spadł poniżej 2…
Paradoks polega na tym, że nigdy wcześniej świat nie był tak zamożny. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu większość ludzi żyła w skrajnym ubóstwie. Dziś odsetek osób żyjących w takich warunkach jest wielokrotnie niższy. Rozwój gospodarczy przyniósł ogromną poprawę jakości życia, ale jednocześnie zmienił styl życia i system wartości. Nie oznacza to jednak, że dobrobyt sam w sobie powoduje spadek dzietności. To zbyt proste wyjaśnienie.
Prawdziwy problem polega na tym, że nie dostosowaliśmy współczesnego świata do nowych ról kobiet i mężczyzn. Kobiety zdobyły wykształcenie, rozwijają kariery zawodowe i są niezwykle potrzebne gospodarce. To ogromny sukces cywilizacyjny. Jednocześnie jednak organizacja pracy pozostała w dużej mierze taka sama. Oczekujemy pełnej dyspozycyjności zawodowej, a równocześnie chcielibyśmy, aby ludzie zakładali rodziny i wychowywali dzieci. Te dwa światy często trudno ze sobą pogodzić.
Do tego dochodzi jeszcze jedna wybitnie istotna kwestia – opowieść o rodzicielstwie. Przez stulecia dominował wzorzec matki całkowicie poświęcającej się rodzinie. Dla wielu młodych kobiet taki model nie jest dziś atrakcyjny. Z drugiej strony współczesna kultura znacznie częściej promuje sukces zawodowy niż rodzicielstwo. Brakuje pozytywnej, nowoczesnej narracji pokazującej, że można jednocześnie realizować się zawodowo i być szczęśliwym rodzicem.
Rozmawialiśmy o dzieciach i rodzinie, ale zmieniają się także sami seniorzy. Dzisiejszy sześćdziesięcio- czy siedemdziesięciolatek to zupełnie inny człowiek niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu.
Musimy przedefiniować samo pojęcie seniora. Zmieniły się dwie rzeczy. Po pierwsze – tych osób jest po prostu znacznie więcej. Przez jakichś 900 lat istnienia Polski osoby 70+ były ewenementem. Przed wybuchem II wojny światowej mieliśmy 860 tysięcy takich osób. Dziś jest ich około 5 mln. To zmiana bez precedensu w historii Polski.
Po drugie, zmienił się styl życia i oczekiwania osób starszych. Trzeba pamiętać, że obecne pokolenie seniorów w dużej części przez dziesięciolecia wykonywało bardzo ciężką pracę fizyczną. Wielu z nich odczuwa dziś jej skutki zdrowotne. Ich następcy prawdopodobnie będą starzeć się w lepszej kondycji, bo przez większość życia pracowali już w zupełnie innych warunkach. Jednocześnie jest to pierwsze pokolenie emerytów, które w większości pozytywnie ocenia swoją sytuację materialną. Dane GUS pokazują, że jeszcze na początku XXI wieku jedynie kilka procent emerytów uważało swoją sytuację finansową za dobrą. Dziś ponad połowa ocenia ją jako dobrą lub raczej dobrą.
To przekłada się na aspiracje. Coraz więcej osób po sześćdziesiątce podróżuje, spotyka się ze znajomymi, korzysta z kawiarni, wydarzeń kulturalnych czy oferty uzdrowisk. Dzisiejszy senior nie chce już jedynie „odpoczywać na emeryturze”. Chce aktywnie korzystać z życia.
A jednocześnie coraz częściej to właśnie osoby po sześćdziesiątce wspierają zarówno swoje dzieci, jak i bardzo wiekowych rodziców.
Tak i to jest jedno z największych wyzwań starzejącego się społeczeństwa. Mamy coraz więcej osób w wieku 80+, które wymagają opieki. Z drugiej strony pokolenie sześćdziesięciolatków jest nadal aktywne zawodowo i rodzinnie. Bardzo często to właśnie ono pomaga wnukom, a równocześnie opiekuje się własnymi rodzicami. To tak zwane „pokolenie kanapkowe”.
Im więcej będzie osób dożywających bardzo sędziwego wieku, tym większa będzie skala tego zjawiska. Dlatego rozwój usług opiekuńczych stanie się jednym z najważniejszych wyzwań najbliższych lat.
Na koniec porozmawiajmy o imigracji. Czy wobec niskiej dzietności może ona być lekarstwem na depopulację Polski?
Nie nazwałbym jej lekarstwem. Bardziej narzędziem pomagającym przystosować się do zmian demograficznych. To zresztą język, którym posługuje się Komisja Europejska. Nie chodzi o to, że migracja odwróci proces starzenia się społeczeństwa. Mądra migracja może natomiast złagodzić jego skutki dla rynku pracy i gospodarki.
Kluczowe jest jednak słowo „mądra”. Potrzebujemy dobrze prowadzonej polityki migracyjnej. Europa wyciągnęła już wiele wniosków z własnych doświadczeń. Model wielokulturowości oparty na założeniu, że państwo nie interesuje się integracją przybyszów, w wielu krajach się nie sprawdził. Coraz więcej państw stawia dziś na integrację: naukę języka, znajomość prawa, poszanowanie lokalnych zasad i aktywne uczestnictwo w życiu społecznym. To nie oznacza rezygnacji z własnej tożsamości przez migrantów, ale oznacza akceptację reguł obowiązujących w kraju, do którego przyjeżdżają.
W Polsce największą grupę migrantów stanowią Ukraińcy, którzy należą do naszego kręgu kulturowego.
I właśnie dlatego często powtarzam, że Ukraińcy dosłownie „spadli nam z nieba”. Oczywiście dla nich była to tragedia związana z wojną, ale dla Polski ich obecność okazała się ogromnym wsparciem. Moment napływu pracowników z Ukrainy niemal idealnie zbiegł się z początkiem spadku liczby osób w wieku produkcyjnym w Polsce. Dzięki temu udało się złagodzić skutki kryzysu demograficznego.
Wiemy również, że Ukraińcy w ogromnym stopniu przyczynili się do wzrostu polskiej gospodarki. Pracują dłużej niż przeciętny Polak, często poniżej swoich kwalifikacji i wykonują zawody, których wielu Polaków nie chce podejmować. Dlatego ogromnym błędem byłoby dziś budowanie wobec nich atmosfery niechęci. Jeśli stworzymy atmosferę, przez którą nie będą chcieli zostać w Polsce, to wyjadą do Niemiec czy innych krajów Europy Zachodniej. Stracimy ludzi najbliższych nam kulturowo, którzy pomagają naszej gospodarce funkcjonować.
A co z pracownikami z Azji czy Ameryki Łacińskiej?
Oni również są potrzebni, ale pełnią inną rolę. Filipińczycy czy Kolumbijczycy bardzo dobrze sprawdzają się jako pracownicy, jednak w większości traktują pobyt w Polsce jako etap. Chcą zarobić pieniądze i wrócić do swoich rodzin. Ukraińcy są pod tym względem wyjątkowi. Wielu z nich wiąże swoją przyszłość z Polską. Ich dzieci chodzą do polskich szkół, mówią po polsku i stają się częścią naszego społeczeństwa.
Dlatego zamiast zastanawiać się, jak ich zniechęcić do pozostania, powinniśmy zrobić wszystko, aby chcieli związać z Polską swoją przyszłość. W kraju o jednej z najniższych dzietności w Europie taki potencjał jest po prostu zbyt cenny, by go zmarnować.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czubowicz
Redaktor Magazynu „Polityka Senioralna”

