Najpierw ubywa mieszkańców. Potem coraz trudniej utrzymać szkołę, sklep, autobus czy przychodnię. W końcu miejscowość, która jeszcze niedawno tętniła życiem, zaczyna pustoszeć. Kiedyś „miasta widma” kojarzyły się głównie z miejscami opuszczonymi po katastrofach, skażeniu środowiska albo upadku przemysłu. Dziś ekonomiści używają tego określenia także wobec miejscowości, które formalnie nadal istnieją, ale tracą mieszkańców, usługi publiczne i znaczenie gospodarcze. Ten proces coraz wyraźniej dotyczy także Polski.
Najbardziej zaawansowany przykład takiej zmiany od lat obserwowany jest w Japonii. To kraj z bardzo niską dzietnością, szybko starzejącym się społeczeństwem i silnym odpływem młodych ludzi z prowincji do największych metropolii. Coraz częściej Japonia nie jest jednak traktowana jako wyjątek, lecz jako zapowiedź problemów, które mogą narastać także w innych państwach rozwiniętych.
Analiza opublikowana na platformie VoxEU.org, prowadzonej przez londyńskie Centre for Economic Policy Research, zwraca uwagę nie tylko na sam spadek liczby ludności. Jej autorzy pytają, dlaczego jedne regiony kurczą się znacznie szybciej niż inne oraz jakie skutki ma to dla lokalnych gospodarek, finansów publicznych i jakości życia mieszkańców.
Japonia pokazuje mechanizm
Badacze wybrali Japonię dlatego, że zmiany demograficzne zaszły tam wcześniej i silniej niż w większości państw rozwiniętych. Już w 2015 roku osoby w wieku co najmniej 65 lat stanowiły około jednej czwartej mieszkańców kraju. W kolejnych dekadach ich udział ma dalej rosnąć. Średnia krajowa ukrywa jednak duże różnice regionalne. Tokio i największe aglomeracje pozostają relatywnie młodsze, bo przyciągają ludzi z innych części kraju. Wiele prowincjonalnych regionów szybko się starzeje i traci mieszkańców.
Kluczowy okazuje się właśnie ten przepływ ludności. Z analizy wynika, że o pogłębianiu się różnic między metropoliami a prowincją decyduje nie tylko samo starzenie się społeczeństwa, lecz przede wszystkim migracja młodych ludzi. Gdy w modelu badawczym ograniczono znaczenie migracji wewnętrznych, dysproporcje między dużymi miastami a regionami peryferyjnymi wyraźnie malały. Innymi słowy: demografia uderza w całe państwo, ale odpływ młodych sprawia, że niektóre miejsca kurczą się znacznie szybciej niż inne.
Depopulacja nie zaczyna się więc od pustych domów ani od zamykanych szkół. Zaczyna się wcześniej: wtedy, gdy młodzi ludzie wyjeżdżają do większych ośrodków w poszukiwaniu pracy, edukacji i lepszych perspektyw.
Kiedy wyjeżdżają młodzi, region traci więcej niż mieszkańców
Mechanizm przypomina efekt domina. Najpierw z małych miejscowości wyjeżdżają młodzi dorośli. Szukają lepiej płatnej pracy, uczelni, większego rynku usług i większych możliwości rozwoju. Często to już w dużych miastach zakładają rodziny, a tam rodzą się ich dzieci. Region, z którego wyjechali, traci więc nie tylko część obecnej populacji, lecz także przyszłe pokolenie mieszkańców.
Z czasem proces zaczyna sam się wzmacniać. Spada liczba dzieci, więc maleje zapotrzebowanie na szkoły i przedszkola. Mniej pasażerów korzysta z transportu publicznego, dlatego ograniczane są połączenia autobusowe i kolejowe. Kurczący się rynek lokalny oznacza mniej klientów dla sklepów, punktów usługowych i lokali gastronomicznych. Coraz trudniej utrzymać także przychodnie, apteki, biblioteki czy domy kultury.
Problem polega na tym, że koszty utrzymania infrastruktury nie maleją w takim samym tempie jak liczba mieszkańców. Budynek szkoły trzeba ogrzewać niezależnie od tego, czy uczy się w nim tysiąc dzieci, czy dwieście. Podobnie jest z drogami, siecią wodociągową, kanalizacją czy transportem publicznym. Im mniej osób korzysta z tych usług, tym większe staje się obciążenie w przeliczeniu na mieszkańca i tym trudniej samorządom utrzymać dotychczasowy poziom usług.
W tym sensie „miasta widma” nie muszą oznaczać miejsc całkowicie opuszczonych. Częściej chodzi o miejscowości, które nadal mają mieszkańców, urzędy, ulice i domy, ale stopniowo tracą społeczną energię, funkcje publiczne i gospodarcze znaczenie. Życie nie znika z nich z dnia na dzień. Wycofuje się powoli.
OECD: presja demograficzna narasta także w Europie
Japonia nie jest wyjątkiem. OECD w raporcie „Regions and Cities at a Glance 2024” wskazuje, że zmiany demograficzne coraz mocniej różnicują regiony państw rozwiniętych. Według organizacji w kolejnych dekadach ubytek ludności może dotknąć około połowy państw OECD. Już dziś problem jest widoczny lokalnie: wśród państw członkowskich OECD oraz krajów akcesyjnych objętych analizą niemal połowa miała w latach 2001-2021 co najmniej jeden region, w którym spadła liczba mieszkańców.
Najważniejsze jest jednak to, że depopulacja nie rozkłada się równomiernie. W Azji i Europie spadek liczby mieszkańców szczególnie często obejmuje regiony niemetropolitalne, gdzie liczba zgonów przewyższa liczbę urodzeń. To właśnie poza największymi ośrodkami najszybciej ujawniają się skutki starzenia się społeczeństwa: mniejsza liczba osób w wieku produkcyjnym, słabszy lokalny popyt, trudności z utrzymaniem usług i coraz większa presja na finanse publiczne.
Na ten proces nakłada się starzenie populacji. W 2023 roku w jednej czwartej dużych regionów objętych analizą OECD na jedną osobę w wieku co najmniej 65 lat przypadały najwyżej trzy osoby w wieku produkcyjnym. W kilku regionach Japonii relacja ta była jeszcze trudniejsza: jeden senior przypadał statystycznie na zaledwie dwie osoby w wieku 15-64 lata. To nie jest wyłącznie problem systemów emerytalnych. Taka zmiana oznacza także większe zapotrzebowanie na ochronę zdrowia, opiekę długoterminową i usługi społeczne, przy jednocześnie mniejszej bazie podatkowej.
OECD przestrzega jednak przed prostym wnioskiem, że spadek liczby ludności musi automatycznie oznaczać gospodarczy upadek. Skutki zależą od lokalnego kontekstu: położenia względem dużych aglomeracji, struktury rynku pracy, migracji, dostępności usług publicznych oraz zdolności regionu do przyciągania mieszkańców i inwestycji. Największe ryzyko dotyczy miejsc oddalonych od głównych centrów gospodarczych, które jednocześnie tracą młodych ludzi i szybko się starzeją.
Dom za jedno euro nie zatrzyma depopulacji
Jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli walki z wyludnianiem stały się włoskie programy sprzedaży opuszczonych domów za symboliczne jedno euro. Korzystały z nich dziesiątki małych miejscowości, zwłaszcza na południu kraju i na Sycylii. Mechanizm zwykle wygląda podobnie: gmina wystawia na sprzedaż zniszczony lub opuszczony budynek za symboliczną kwotę, a nowy właściciel zobowiązuje się do remontu w określonym czasie i na własny koszt.
Programy szybko przyciągnęły uwagę światowych mediów. Szczególnie głośno było o Sambuca di Sicilia, która w 2019 roku wystawiła domy z ceną wywoławczą jednego euro. Zagraniczni nabywcy, między innymi ze Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej, rzeczywiście zaczęli kupować oraz odnawiać część opuszczonych nieruchomości. Dla niektórych gmin oznaczało to napływ pieniędzy, większe zainteresowanie turystów i chwilowe odwrócenie uwagi od problemu wyludniania.
To jednak nie rozwiązuje przyczyn depopulacji. Dom za jedno euro rzadko kosztuje jedno euro. Do ceny zakupu dochodzą podatki, opłaty notarialne, zabezpieczenia wymagane przez gminę i przede wszystkim remont, który może pochłonąć dziesiątki albo setki tysięcy euro. Jeszcze ważniejsze jest to, że odnowienie budynku nie wystarczy, jeśli w okolicy brakuje stabilnej pracy, transportu publicznego, szkół, opieki zdrowotnej i codziennych usług.
Włoskie doświadczenia pokazują więc granice rewitalizacji opartej wyłącznie na nieruchomościach. Puste domy są skutkiem procesu, który trwał latami: odpływu młodych ludzi, spadku liczby urodzeń, kurczenia się lokalnego rynku pracy i stopniowego zaniku usług. Nieruchomości są najbardziej widocznym znakiem kryzysu, ale nie jego źródłem.
Dlatego polityka regionalna nie może ograniczać się do ratowania skutków wyludniania. Programy rewitalizacji mogą pomóc, jeśli są częścią szerszej strategii: tworzenia miejsc pracy, poprawy połączeń z większymi ośrodkami, inwestycji w usługi publiczne, mieszkalnictwo i infrastrukturę cyfrową. Bez tego sprzedaż domów za symboliczne euro pozostanie raczej sposobem na zagospodarowanie pustostanów niż realną odpowiedzią na depopulację.
Polska nie jest wyjątkiem
Podobny proces widać już na polskiej mapie. Nie zawsze przybiera spektakularną formę całkowicie opuszczonych miejscowości. Częściej jest cichy i rozłożony na lata: ubywa mieszkańców, rośnie średni wiek, spada liczba dzieci, a kolejne instytucje stają się coraz trudniejsze do utrzymania. Z zewnątrz miejscowość nadal istnieje. Ma nazwę, drogi, domy, czasem świetlicę, kościół albo cerkiew. Zmienia się jednak jej codzienny rytm.
Dobrym przykładem jest południowo-wschodnie Podlasie. Według danych GUS opracowanych w serwisie Polska w Liczbach powiat hajnowski miał na koniec 2024 roku 38,5 tys. mieszkańców. Od 2002 roku jego populacja zmalała o 22,9 proc., a prognoza na 2050 rok wskazuje dalszy spadek, do około 25,7 tys. osób. Oznaczałoby to utratę kolejnej jednej trzeciej mieszkańców w ciągu niespełna trzech dekad.
Depopulacja nie dotyczy tam wyłącznie najmniejszych wsi. W Hajnówce, mieście powiatowym liczącym w 2024 roku 18,8 tys. mieszkańców, liczba ludności od 2002 roku spadła o 16,3 proc., a średni wiek mieszkańców wynosił 45,8 roku. Podobny proces widać w innych podlaskich miastach: Bielsk Podlaski miał 23,7 tys. mieszkańców i od 2002 roku stracił 12,4 proc. ludności, a Siemiatycze, liczące 13,3 tys. mieszkańców, zmniejszyły się w tym czasie o 13,4 proc.
Jeszcze wyraźniej widać to na poziomie gmin i małych miejscowości. Gmina Czyże liczyła w 2024 roku 1739 mieszkańców. Od 2002 roku straciła 36,8 proc. ludności, a średni wiek mieszkańców wynosił tam 50,4 roku. W gminie Dubicze Cerkiewne mieszkało 1295 osób, a liczba mieszkańców od 2002 roku spadła o 36,5 proc. Średni wiek wynosił tam 52,1 roku. W obu gminach udział osób w wieku poprodukcyjnym jest bardzo wysoki, a przyrost naturalny pozostaje ujemny. Za tymi danymi kryją się konkretne miejscowości. Wieś Starzyna w gminie Dubicze Cerkiewne miała według spisu z 2021 roku 24 mieszkańców, a od 1998 roku jej populacja zmalała o 67,6 proc. W Morzu, w gminie Czyże, mieszkało 135 osób, a liczba ludności od 1998 roku spadła o 52,3 proc.
Piotr Czubowicz
Redaktor Magazynu „Polityka Senioralna”

