Już dziś polski system opieki nad seniorami opiera się na pracy migrantów – często niewidzialnych, przeciążonych i bez ochrony prawnej. A to dopiero początek. W perspektywie najbliższych lat Polska może być zmuszona sprowadzać opiekunów z odległych regionów Afryki czy Azji. Czy jesteśmy gotowi kulturowo, społecznie i systemowo na takie zmiany? O tym rozmawiamy z prof. Pawłem Kaczmarczykiem, dyrektorem Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego.

W ostatnich miesiącach często docierają do nas informacje o rosnącym napięciu na granicach i coraz silniejszych nastrojach antymigranckich w Polsce. Jakie procesy społeczne, polityczne i kulturowe doprowadziły nas do obecnej sytuacji i jak tę sytuację można zrozumieć w szerszym, historycznym kontekście?

Źródeł tego, co dzieje się obecnie, należy szukać nie w bieżących wydarzeniach, ale w przemianach, które rozpoczęły się około dekadę temu. Kluczowy moment to lata 2014–2015. To wtedy Polska zaczęła bardzo szybko zmieniać swój status migracyjny. Jeszcze na początku poprzedniej dekady wszystkie dostępne dane wskazywały jednoznacznie, że Polska nie była krajem imigracji. Liczbę imigrantów szacowano na około 100 tysięcy osób, co plasowało nas pod tym względem na samym końcu zestawienia państw Unii Europejskiej.

Przez dziesięciolecia to raczej my, Polacy, wyjeżdżaliśmy — z powodów ekonomicznych, politycznych, życiowych. Emigracja stała się wręcz elementem tożsamości wielu rodzin i pokoleń. To zjawisko było mocno obecne w debacie publicznej, kulturze, w codziennych rozmowach. Imigracja natomiast pozostawała czymś egzotycznym, marginalnym, niemal niezauważalnym. To ma ogromne znaczenie, bo punkt wyjścia dla dzisiejszych napięć to nie tylko sama nieobecność imigrantów w przeszłości, ale również nieobecność instytucji i doświadczeń społecznych, które w innych krajach Zachodu powstawały przez dekady w odpowiedzi na procesy migracyjne. Mówię tu o systemach integracyjnych, edukacji międzykulturowej, mechanizmach mediacji czy przeciwdziałania dyskryminacji — o całej infrastrukturze społecznej, która przygotowuje społeczeństwo na życie w wieloetnicznym, zróżnicowanym świecie. W Polsce tego po prostu nie było, bo nie było takiej potrzeby. A teraz ta potrzeba pojawiła się nagle — i to w warunkach silnych napięć geopolitycznych, medialnych uproszczeń i politycznej polaryzacji.

Trudno się z tym nie zgodzić, ale przecież w krajach Europy Zachodniej — tych z długą historią imigracji i rozwiniętymi strukturami — również obserwujemy dziś silne nastroje antyimigranckie. Skąd zatem bierze się ta społeczna niechęć, nawet tam, gdzie doświadczenie różnorodności jest znacznie głębiej zakorzenione?

Ma pan absolutną rację — nastroje antyimigranckie nie są wyłącznie polskim zjawiskiem. Występują także w krajach Europy Zachodniej, które mają długą historię migracji i rozbudowane systemy integracyjne. Natomiast — i tu jest istotna różnica — źródła tych nastrojów są, w uproszczeniu, inne. Oczywiście mówimy w obu przypadkach o migracji, ale o migracjach innego rodzaju i o odmiennych wyzwaniach.

I w tym kontekście pańskie pytanie uważam za szczególnie trafne. W Polsce, jeszcze zanim migracja stała się realnym zjawiskiem na większą skalę, wielokrotnie mówiliśmy, że mamy wyjątkowy przywilej: możemy uczyć się na cudzych błędach. Obserwowaliśmy, co działo się w krajach Europy Zachodniej — zarówno sukcesy, jak i porażki ich polityk migracyjnych i integracyjnych — i deklarowaliśmy, że postaramy się nie powielać ich potknięć.

Problem polega na tym, że żadnych w wniosków nie wyciągnęliśmy. Mimo że wiedzieliśmy, z czym mierzą się kraje zachodnie, nie zbudowaliśmy systemów, które pozwalałyby nam przygotować się na to, co nadchodziło. A wydarzenia ostatnich tygodni i miesięcy dobitnie pokazują, że zabrakło nie tylko instytucji, ale też spójnej narracji, polityki komunikacyjnej i edukacyjnej, jak również społecznego przygotowania.

Wrócę tu raz jeszcze do lat 2014–2015, bo to moment przełomowy. Wtedy właśnie Polska zaczęła szybko zmieniać swój status migracyjny. W dużej mierze była to migracja o charakterze zarobkowym — z Ukrainy i Białorusi. Już wtedy powinniśmy byli tworzyć fundamenty systemowego podejścia: zarówno integracyjnego, jak i komunikacyjnego. Niestety, tego nie zrobiliśmy. I dziś płacimy za to cenę.

Gdzie konkretnie popełniliśmy błędy? Czy możemy je wypunktować?

Błędy, o których mówimy, nie są wynikiem jednej decyzji czy jednej polityki, ale całego ciągu zaniechań. Zacznijmy od faktu, że Polska już od 2014 roku zaczęła być krajem realnej imigracji, co zbiegło się z pierwszą falą wojny w Ukrainie. Pojawiła się presja migracyjna, która w innych warunkach najprawdopodobniej przyjęłaby formę ruchu uchodźczego, tymczasem w Polsce ogromna część osób z Ukrainy wybrała inną ścieżkę — migrację zarobkową.

Dlaczego tak się stało? Głównie ze względu na specyficzne rozwiązania prawne, wprowadzone jeszcze w 2007 roku — tak zwaną procedurę uproszczoną, umożliwiającą podejmowanie pracy bez zezwolenia, jedynie na podstawie oświadczenia pracodawcy o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. Ta ścieżka była szybsza, prostsza i bardziej efektywna. Dla wielu migrantów oznaczała też większą samodzielność. I rzeczywiście, dane to wyraźnie pokazują — po 2014 roku liczba Ukraińców przyjeżdżających do Polski do pracy zaczęła rosnąć lawinowo.

Ale kluczowe jest to, że ten proces nie wydarzyłby się w oderwaniu od sytuacji wewnętrznej Polski. W tym samym czasie nasza gospodarka wchodziła w fazę dynamicznego wzrostu, a jednocześnie zaczęły ujawniać się poważne problemy demograficzne. Nagle, w coraz większej liczbie sektorów, pracodawcy zaczęli pilnie potrzebować pracowników z zagranicy. To był bardzo silny impuls popytowy.

Zderzyły się więc dwa procesy: z jednej strony – presja migracyjna z Ukrainy, z drugiej – rosnące zapotrzebowanie polskiego rynku pracy. Efekt? W ciągu zaledwie kilku lat Polska stała się liderem w Unii Europejskiej, jeśli chodzi o wydawanie dokumentów pobytowych i zezwoleń na pracę. Szacuje się, że tuż przed pandemią w Polsce przebywało już ponad dwa miliony migrantów, co oznacza wzrost około dwudziestokrotny w ciągu dekady.

I teraz dochodzimy do sedna problemu. Skala migracji zmieniała się radykalnie, natomiast instytucje państwowe i struktury administracyjne — niemal w ogóle. Nadal funkcjonowały rozwiązania z roku 2007, z drobnymi korektami. Instytucje rynku pracy działały w zasadzie w tym samym trybie, z tą samą liczbą pracowników, mimo że zakres ich obowiązków rósł z roku na rok. Przykładem może być choćby Państwowa Inspekcja Pracy, która praktycznie nie zwiększyła swojej obsady, choć miała kontrolować znacznie większy i bardziej złożony rynek zatrudnienia cudzoziemców.

Ale to nie wszystko. Być może największym zaniechaniem była rezygnacja z myślenia o polityce integracyjnej. W 2012 roku po raz pierwszy w dokumentach strategicznych pojawił się postulat jej stworzenia — a więc spojrzenia na migrantów nie tylko jako na siłę roboczą, ale jako ludzi, którzy mają szansę stać się częścią polskiego społeczeństwa. Jednak już w 2015 roku nowy rząd Prawa i Sprawiedliwości wycofał się z tego podejścia. Dokument zniknął z przestrzeni publicznej, a przez kolejne lata nie zrobiono nic, by wprowadzić mechanizmy wsparcia integracji.

Być może dlatego, że zakładano, iż integracja nie jest potrzebna? Zakładano, że migranci pozostaną w Polsce tylko chwilowo?

Dokładnie. Dominowała narracja, że mamy do czynienia z migracją tymczasową — ludźmi, którzy przyjeżdżają na kilka miesięcy, by popracować, a potem wracają. W takiej optyce rzeczywiście integracja wydaje się zbędna. Problem w tym, że już od 2018 roku było jasne, że sytuacja się zmienia. Coraz więcej migrantów, szczególnie z Ukrainy, deklarowało chęć pozostania na dłużej, zakładania rodzin, osiedlania się. Wskazywały na to zarówno dane, jak i obserwacje badaczy. Ale w odpowiedzi nie pojawiły się żadne systemowe rozwiązania — ani w edukacji, ani w polityce mieszkaniowej, ani w komunikacji społecznej.

I właśnie dlatego, kiedy w 2022 roku wybuchła pełnoskalowa wojna i do Polski trafiły miliony uchodźców z Ukrainy, nie byliśmy do tego przygotowani. Oczywiście, reakcja społeczeństwa była imponująca — zrywy pomocy, ogromna fala solidarności — ale moim zdaniem była to raczej reakcja nadzwyczajna, emocjonalna, jednorazowa, a nie efekt długofalowej polityki integracyjnej, której nigdy nie stworzyliśmy.

I co być może najważniejsze: nie przygotowaliśmy nie tylko instytucji, ale też społeczeństwa. Przez lata nie prowadzono żadnej edukacji międzykulturowej, nie budowano przekazu oswajającego temat migracji. A przecież to naturalne, że wobec zjawiska, którego się nie zna, ludzie reagują z nieufnością czy lękiem. Te reakcje można łagodzić — przez szkołę, media, działania lokalne — ale nic takiego się nie działo.

Dlatego uważam, że to, co dziś obserwujemy — napięcia, strach, podziały — nie wynikają tylko z bieżących wydarzeń, ale są efektem tego, że przez całą minioną dekadę zaniedbaliśmy coś fundamentalnego: nie nauczyliśmy się żyć jako społeczeństwo wieloetniczne, choć faktycznie już nim jesteśmy.

Mówimy o tym, czego nie zrobiliśmy. A co mogliśmy zrobić już wtedy, niewielkim nakładem sił i środków? Co mogłoby znacząco poprawić sytuację i przygotować nas jako społeczeństwo na te zmiany?

Powiem o dwóch rzeczach — choć oczywiście tych obszarów jest więcej — ale skupię się na dwóch, które wydają się najbardziej oczywiste, a jednocześnie najbardziej zaniedbane.

Po pierwsze: rynek pracy i ochrona pracowników. Zrobiliśmy zdecydowanie za mało, by odpowiednio zabezpieczyć interesy pracownicze — zarówno tych pracowników, którzy przebywali w Polsce legalnie, jak i tych, którzy funkcjonowali w tzw. szarej strefie. Praktycznie nie zastanawialiśmy się nad tym, jaką rolę powinny odegrać związki zawodowe w ochronie cudzoziemców na rynku pracy, nie wypracowaliśmy też odpowiednich mechanizmów wsparcia instytucjonalnego.

Szczególnie problematyczna była sytuacja z agencjami pracy tymczasowej i pośrednictwa — które w pewnym momencie de facto przejęły kontrolę nad całym obszarem migracji zarobkowej. I tutaj warto powiedzieć to wprost: państwo w dużej mierze abdykowało, przekazując swoje obowiązki w ręce podmiotów prywatnych, które kierowały się przede wszystkim zyskiem. To właśnie dlatego zaczęły się pojawiać osoby z krajów bardzo odległych od Polski — nie dlatego, że nagle wszyscy zapragnęli przyjechać nad Wisłę, ale dlatego, że agencje rekrutacyjne szukały ludzi tam, gdzie mogli ich znaleźć najtaniej i najszybciej.

Równolegle nie zrobiliśmy prawie nic, by poprawić uznawalność kwalifikacji zawodowych przyjeżdżających pracowników czy dopasowanie ich kompetencji do realnych potrzeb rynku pracy. Nie modernizowaliśmy też systemu monitorowania tych potrzeb, więc w wielu sektorach wciąż działaliśmy „na ślepo” — nie wiedząc, ilu pracowników będziemy potrzebować i z jakimi umiejętnościami.

Po drugie — system edukacji. Nie zrobiliśmy praktycznie nic, by go przygotować na przyjęcie dzieci cudzoziemskich. Przez długi czas uzasadniano to tym, że migracja do Polski ma charakter niemal wyłącznie zarobkowy, a aż 97% imigrantów stanowiły osoby w wieku produkcyjnym. Zatem skoro dzieci nie było, nie trzeba było nic zmieniać.

Ale rok 2022 wszystko zmienił. Po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie okazało się, że około 40% przybywających do Polski osób to dzieci. One musiały — przynajmniej część z nich — wejść do systemu edukacyjnego. A ten system był już przeciążony wcześniej. Od lat narzekamy na jego braki i kryzysy — i nagle miał on jeszcze wziąć na siebie ogromne wyzwanie integracji dzieci cudzoziemskich.

Proszę sobie wyobrazić, że pod koniec minionej dekady w całej Polsce mieliśmy zaledwie około 300 nauczycieli języka polskiego jako języka obcego. A teraz mówimy o setkach tysięcy dzieci, które powinny mieć zapewniony dostęp do edukacji i realną szansę na integrację.

W mojej ocenie to, co wydarzyło się po 2022 roku, można nazwać łataniem dziur. Imponujące, czasem heroiczne, ale jednak działania doraźne, reaktywne. Te dziury nie musiały się pojawić — mogliśmy wcześniej stworzyć fundamenty integracji, przygotować instytucje i samorządy, a przede wszystkim — społeczeństwo.

I tu dochodzimy do rzeczy może najbardziej bolesnej. Straciliśmy czas na przygotowanie Polaków do życia w społeczeństwie, które przestaje być monoetniczne. To było bardzo mało prawdopodobne, że Polska utrzyma ten status w kolejnych dekadach. Tymczasem nie prowadzono żadnych działań komunikacyjnych, edukacyjnych, informacyjnych, które pomogłyby oswoić społeczeństwo z tą zmianą, uczynić ją zrozumiałą, mniej groźną.

A czy współczesne społeczeństwa w ogóle są gotowe na trwałe współistnienie w warunkach wielokulturowości? Patrząc na doświadczenia krajów Zachodu — choćby Stanów Zjednoczonych, gdzie funkcjonują równoległe światy jak Chinatown czy dzielnice zamieszkiwane tylko przez Włochów czy Latynosów — wcale nie widać, by ta integracja przebiegała harmonijnie. Sam mieszkałem kilka lat we Francji i widziałem na własne oczy, jak głęboko zakorzenione są tam podziały. Mimo że wielu imigrantów ma francuskie obywatelstwo, wciąż doświadcza dyskryminacji.

To, że istnieją takie struktury jak Chinatown czy inne „węzły etniczne”, wcale nie jest zaskakujące — to typowe zjawisko gospodarek etnicznych, które pomagają nowo przybyłym migrantów z ich kręgu kulturowego odnaleźć się ekonomicznie i społecznie. Często te miejsca pełnią też funkcję atrakcji turystycznych. Co więcej, migranci azjatyccy w Stanach Zjednoczonych, o których pan wspomniał, są jedną z najlepiej integrujących się grup — choć pierwsze pokolenie może mieć wyzwania, kolejne osiągają znacznie wyższe wskaźniki edukacyjne, zatrudnienia i mają duży odsetek małżeństw międzykulturowych. To pokazuje, że samo istnienie etnicznych enklaw nie musi oznaczać braku integracji.

Natomiast prawdziwym wyzwaniem jest to, na ile społeczeństwa są gotowe stworzyć równe warunki, zwłaszcza w dostępie do edukacji i możliwości rozwoju dla kolejnych pokoleń migrantów. Przykład Francji jest tu wymowny — wielu migrantów z krajów Magrebu przybyło tam w latach 60. i 70. jako pracownicy czasowi, ale z czasem zostali na stałe. Niestety, zaniedbano wtedy przygotowanie systemu, który zapewniłby ich potomkom równe szanse edukacyjne i zawodowe, co doprowadziło do powstania obszarów wykluczenia społecznego i ubóstwa.

Co więcej, we Francji widzimy nałożenie się dwóch problemów: kwestii etnicznej i klasowej. W dużych miastach rosną nierówności społeczne, które napędzają konflikty, a to z kolei często przyjmuje formę napięć międzyetnicznych. Do tego dochodzi kwestia republikańskiej wizji integracji, opierającej się na akceptacji wspólnych wartości, która jednak często nie była konsekwentnie realizowana w praktyce przez dziesięciolecia.

Podsumowując, nie jest łatwo powiedzieć, czy społeczeństwa są naprawdę gotowe na trwałe, harmonijne współistnienie w wielokulturowości. Wiele zależy od polityki integracyjnej, inwestycji w edukację i elastyczności rynku pracy, który powinien odpowiadać na zmieniające się potrzeby wszystkich mieszkańców — zarówno migrantów, jak i osób już osiadłych. To wyzwanie, które dotyczy nas wszystkich i wymaga stałej uwagi oraz działań.

Nastroje antyimigranckie są często wynikiem strachu. Opierają się na kwestiach bezpieczeństwa. Jak można zbudować skuteczny i jednocześnie humanitarny system weryfikacji migrantów? Jak pogodzić potrzebę ochrony społeczeństwa z koniecznością unikania stygmatyzacji i wykluczenia osób migrujących?

To jest bardzo ważny i złożony temat, który wymaga rozdzielenia kilku kwestii. Po pierwsze, warto podkreślić, że polityka migracyjna Unii Europejskiej jest w dużej mierze selektywna. Przykładowo, w przeciwieństwie do niektórych innych państw, jak Stany Zjednoczone, UE nie zezwala osobom z krajów trzecich na przyjazd bez uprzednio załatwionej pracy czy przynajmniej oferty zatrudnienia. Ten kanał migracji pracowniczej – który odpowiada nawet za ponad połowę migracji do UE – jest więc dość restrykcyjny i dobrze kontrolowany.

Natomiast obok tej selektywności mamy inne kanały migracji, które są mniej kontrolowane i bardziej skomplikowane w zarządzaniu. Jednym z nich jest łączenie rodzin – migracje osób dołączających do swoich bliskich. Ten sposób migracji często jest preferowany przez pracodawców, którzy w ten sposób chcą zatrzymać pracowników na dłużej, jednak wyzwania z tym związane ponosi społeczeństwo przyjmujące, które musi radzić sobie z integracją i zapewnieniem warunków życia większym grupom migrantów.

Trzecią kategorią są migracje humanitarne, czyli uchodźcy i osoby szukające ochrony międzynarodowej. Choć ich skala w większości czasu jest mniejsza niż mogłoby się wydawać, to jednak w okresach kryzysów stanowią one bardzo ważną grupę. Warto zauważyć, że migracje humanitarne są silnie skoncentrowane w krajach oferujących wysoki poziom zabezpieczeń społecznych oraz tam, gdzie już istnieją społeczności migrantów – to naturalne, że ludzie szukają wsparcia w miejscach, gdzie mają bliskich lub znajomych.

W związku z tym, choć oczywiście należy zwracać uwagę na to, kto i na jakich zasadach przyjeżdża do UE, trzeba mieć świadomość, że duża część migrantów przyjeżdża przez ścisłe kanały kontrolne. Prawdziwym wyzwaniem pozostaje to, co dzieje się z tymi osobami po przekroczeniu granicy – ich integracja, sytuacja na rynku pracy, dostęp do edukacji, mieszkalnictwa czy wsparcia społecznego. To zagadnienie wymaga zdecydowanie większej uwagi, bo od tego zależy powodzenie całej polityki migracyjnej i bezpieczeństwo społeczne.

Czy pojęcie asymilacji migrantów odeszło już do lamusa? 

Asymilacja zakłada, że imigranci powinni się wtopić całkowicie w populację kraju przyjmującego — przyjąć jego kulturę, wartości, a nawet religię, co jest dość utopijne w dzisiejszych społeczeństwach. Społeczeństwa są coraz bardziej zróżnicowane, także Polska, która przez lata była bardziej jednolita, teraz się zmienia. Asymilacja jest nie tylko nierealistyczna, ale i dość ograniczająca, bo pytań jest wiele: do której części społeczeństwa imigrant miałby się dostosować? Warto też zauważyć, że wymuszanie np. przyjęcia określonych wartości religijnych wcale nie idzie w parze z realiami sekularyzacji. Dlatego dziś znacznie bardziej akceptowalne jest podejście integracyjne, które zakłada dwustronne dostosowanie – imigranci respektują reguły kraju przyjmującego, ale i społeczeństwo przyjmujące musi zaakceptować zmiany i różnorodność. To oczywiście trudne i dalekie od łatwego procesu, ale jest bardziej realne.

Dlaczego kwestie migracyjne są tak często wykorzystywane w polityce i jakie to niesie konsekwencje dla społeczeństw przyjmujących?

To jest niestety bardzo aktualny i smutny temat. Kwestie migracyjne stają się w polityce narzędziem do podsycania lęków i nieufności wobec obcych. Politycy często wykorzystują ten temat, bo migranci zazwyczaj nie mają własnej, silnej reprezentacji politycznej, więc nie mają jak się bronić przed fałszywymi narracjami. To prowadzi do populizmu i rosnącej polaryzacji społecznej, gdzie imigranci stają się łatwym kozłem ofiarnym. Przykład Polski pokazuje, że można wywołać silne nastroje antyimigranckie nawet wtedy, gdy faktyczna obecność migrantów jest minimalna. To z kolei utrudnia merytoryczną debatę na temat migracji i jej realnych skutków, co szkodzi nie tylko migrantom, ale i całemu społeczeństwu. W efekcie traci się okazję, by pokazać młodym ludziom, że różnorodność i migracja to także szanse i konieczność dla kraju, który się zmienia i starzeje.

Zatrzymajmy się chwilę przy demografii – wobec obecnej sytuacji demograficznej Polski zatrudnienie imigrantów już jest chyba nie opcją, a koniecznością, między innymi w sektorze opieki?

W sytuacji demograficznej, w jakiej znajduje się obecnie Polska, warto mówić nie tylko o możliwościach, ale i o konieczności włączania cudzoziemców do rynku pracy. W szczególności dotyczy to takich branż jak opieka, budownictwo, transport czy rolnictwo, gdzie już dziś odczuwamy poważne niedobory kadrowe.

Pozwolę sobie sięgnąć do przeszłości – nie po to, by epatować liczbami, ale by pokazać, że mimo wieloletnich dyskusji, niewiele realnie się wydarzyło. Już w latach 2010–2012 było jasne, że Polska nie uniknie poważnych wyzwań demograficznych. Co więcej, dziś widzimy, że procesy te przebiegają szybciej i są bardziej intensywne, niż wówczas przewidywano. Już wtedy toczyła się strategiczna debata, która doprowadziła do ważnego wniosku: nie da się odpowiedzieć na wyzwania demograficzne za pomocą jednego narzędzia. Potrzebujemy działań wielotorowych.

Z jednej strony należy prowadzić skuteczne i długofalowe polityki prorodzinne – nie tylko pronatalistyczne, ale szerzej wspierające rodzinę i warunki życia, które mogą sprzyjać decyzjom o posiadaniu dzieci. Po drugie – i to kluczowe – trzeba działać na poziomie rynku pracy: aktywizować grupy dotąd wykluczone z rynku i otwierać się na zatrudnianie cudzoziemców – jako pełnoprawnych uczestników życia społeczno-gospodarczego.

A jakie grupy możemy lepiej wykorzystać na rynku pracy? Jak w tym kontekście wygląda zatrudnienie cudzoziemców?

Po pierwsze, musimy włączać do rynku pracy osoby, które w tym rynku nie mogą uczestniczyć. Mówię tutaj o osobach z niepełnosprawnościami, o osobach starszych, które bardzo wcześnie wychodzą z rynku pracy, także o osobach młodych, które z kolei wchodzą na rynek pracy w Polsce relatywnie późno jak na kraje Unii Europejskiej. 

Wracając do imigracji: już ponad dekadę temu było jasne, że migracja zarobkowa będzie jednym z elementów odpowiedzi na zmiany demograficzne. Ale dziś widzimy, że w Polsce wciąż nie ma realnego powiązania między polityką demograficzną a imigracyjną.

Zatrudnianie cudzoziemców w Polsce nie wynika z braku rąk do pracy wprost (czyli: nie jest tak, że „skończyły się roczniki”), ale z tego, że Polacy stopniowo wycofują się z pewnych segmentów rynku pracy – głównie tych nisko opłacanych i wymagających fizycznie. To efekt zmian społecznych i aspiracyjnych – ludzie zdobywają wyższe wykształcenie, mają inne oczekiwania, nie chcą pracować w sektorach, w których kiedyś dominowali. To widać dziś w usługach, budownictwie, a coraz częściej także w przemyśle. I to nie jest nic wyjątkowego – to samo obserwowaliśmy w krajach Europy Zachodniej 20 lat temu.

Dlaczego więc imigracja staje się nieunikniona?

Jeszcze kilka lat temu uważałem, że kluczowe znaczenie ma aktywizacja grup wykluczonych z rynku pracy. I rzeczywiście, przez pewien czas mieliśmy w Polsce spore „rezerwy” – nawet 3 miliony osób. Ale według danych GUS sprzed roku–dwóch, z tej puli zostało około miliona. Co to oznacza? Że te rezerwy się kurczą, a osoby, które pozostają poza rynkiem pracy, to te najtrudniejsze do aktywizacji.

Dlatego imigracja musi stać się bardziej systemowa i długofalowa. Nie jako „łatka” na braki, ale jako element całościowej strategii rynku pracy, obok aktywizacji, edukacji, automatyzacji i polityki rodzinnej.

Jedną z branż deficytowych jest sektor opieki nad osobami starszymi. Jak wygląda sytuacja w sektorze opieki nad osobami starszymi w Polsce w kontekście roli imigrantów?

Sektor opieki nad osobami starszymi w Polsce boryka się z poważnymi deficytami kadrowymi, a duża część tych usług funkcjonuje w szarej strefie. W Polsce opiekę nad seniorami w dużej mierze świadczą imigranci, głównie z Ukrainy i Białorusi, co jest zresztą zjawiskiem powszechnym w innych krajach europejskich, choć tam często są to osoby z krajów azjatyckich.

Historycznie usługi opiekuńcze postrzegane były jako nisko wykwalifikowane, co sprawia, że sektor ten nie jest atrakcyjny dla polskich pracowników. Imigranci często wchodzą do tego sektora jako pierwsi i tam pozostają, tworząc specyficzne nisze etniczne.

Polska wyróżnia się dużym udziałem nieformalnej opieki domowej, co wynika z uwarunkowań historycznych i ograniczonych możliwości finansowych. Jednak ze względu na zmieniające się warunki demograficzne i rynkowe, ten model musi się zmienić. Coraz mniej osób będzie w stanie wykonywać te obowiązki.

To oznacza, że albo musimy liczyć na większą skalę imigracji pracowników do sektora opieki – co nie jest oczywiste, bo osoby z Ukrainy często preferują pracę w innych branżach, takich jak rolnictwo czy usługi – albo szukać pracowników w innych regionach świata, na przykład w krajach azjatyckich czy latynoamerykańskich. I tu pojawia się pytanie, czy polskie społeczeństwo i seniorzy są na to gotowi.

Warto też zwrócić uwagę na rosnącą rolę automatyzacji i robotyzacji w opiece. Choć może to brzmieć jak science fiction, już dziś w Japonii funkcjonują roboty wspierające opiekę nad osobami niesamodzielnymi. Nie zastąpią one ludzi, ale mogą znacznie odciążyć opiekunów i pomóc seniorom w codziennych czynnościach. W Polsce jednak temat ten jest nadal bardzo abstrakcyjny i mało obecny w praktyce instytucji opiekuńczych.

W Polsce również mamy już sporo innowacji i technologii w tym zakresie, jak na przykład opaski alarmowe.

Dokładnie. To nie zawsze są tylko futurystyczne wielofunkcyjne roboty. Nawet rozwiązania, które mogłyby wydawać się banalne, które już dziś mamy wokół siebie, znacząco poprawiają funkcjonowanie osób starszych. Na przykład system paczkomatów czy rozwój usług cateringowych z dostawą do domu. Dzisiaj osoby seniorskie w Polsce mogą znacznie łatwiej zaspokajać codzienne potrzeby niż jeszcze 10 lat temu. Jeśli jedna z dużych firm instaluje paczkomaty w szpitalach, to z jednej strony jest to model biznesowy, ale z drugiej realne ułatwienie dla ludzi, którzy mają ograniczony kontakt z rodziną albo trudności w poruszaniu się.

Dlatego warto patrzeć nie tylko na spektakularne innowacje, ale też na te proste, dostępne i praktyczne. I równocześnie – nie bać się automatyzacji. Musimy się zastanowić, co jeszcze możemy wprowadzić, by odciążyć opiekunów i wspomóc osoby zależne. Zachęcam do tego, bo trzeba pamiętać o jednym: mamy ograniczoną podaż siły roboczej w sektorze opieki. A jeśli do tego dołożymy ryzyko społecznego sprzeciwu wobec zagranicznych pracowników, to możemy sobie wyobrazić sytuację, w której np. pod domami pomocy społecznej protestują politycy czy aktywiści domagający się usunięcia opiekunów z zagranicy. To wcale nie jest tak abstrakcyjne, jak mogłoby się wydawać.

Gdyby miał Pan zaprojektować dziś od podstaw spójną, długofalową politykę migracyjną Polski, to od czego należałoby zacząć? Jakie byłyby pierwsze kroki, priorytetowe obszary, jakieś podstawowe założenia tej „mapy drogowej”?

Ja bym nie zaczynał od zera, bo my już mamy strategię migracyjną, która została pokazana jesienią ubiegłego roku, i ona w dużej mierze trafnie identyfikuje kluczowe obszary. Nie trzeba dziś wymyślać wszystkiego od nowa, tylko raczej konsekwentnie tę strategię wdrażać i ją rozwijać. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby spojrzeć na Polskę jako kraj, który już nie tylko wysyła ludzi za granicę, ale też ludzi przyjmuje. Jesteśmy krajem imigracji, to się po prostu dzieje, czy tego chcemy, czy nie – i to powinniśmy uznać za punkt wyjścia.

Jeśli miałbym powiedzieć, co jest teraz naprawdę pilne, to wskazałbym integrację. Bo o ile w strategii te wątki się pojawiły, to w praktyce nie zostały one przekute w konkretne działania. Te centra integracji, które miały funkcjonować, miały wspierać migrantów w adaptacji, niestety w wielu przypadkach przestały działać – i to z przyczyn politycznych, a nie dlatego, że nie były potrzebne. Mamy więc poważny deficyt, jeśli chodzi o myślenie o integracji jako procesie długofalowym, systemowym i rzeczywiście wspierającym tych ludzi w wejściu do społeczeństwa.

A kiedy mówię o integracji, to mam na myśli coś znacznie szerszego niż tylko naukę języka czy zatrudnienie. To też dostęp do usług publicznych, edukacji, ochrony zdrowia, zabezpieczenia społecznego, ale również tworzenie przestrzeni do budowania relacji – takiej codziennej, sąsiedzkiej, lokalnej integracji. Oczywiście również stworzenie przejrzystej, realistycznej ścieżki do obywatelstwa, bo obecnie te mechanizmy są bardzo ograniczone. A przecież jeżeli ktoś żyje tutaj przez lata, pracuje, płaci podatki, wychowuje dzieci – to naturalnym krokiem powinno być umożliwienie mu pełnego uczestnictwa w życiu społecznym i politycznym.

Kolejna rzecz, którą uważam za niezbędną, to uporządkowanie kwestii rynku pracy. Z jednej strony mówimy o potrzebie migrantów, bo brakuje nam rąk do pracy, ale z drugiej strony nie zapewniamy im należytej ochrony. Mam na myśli przede wszystkim kontrolę nad agencjami zatrudnienia, nad tym, w jaki sposób są rekrutowani, jakie mają warunki pracy i czy ich prawa są respektowane. Oczywiście pewne zmiany w tym zakresie już się dzieją, ale to dopiero początek.

Jednym z elementów, który moim zdaniem warto rozważyć, są umowy bilateralne z krajami pochodzenia migrantów. Chodzi o to, żeby proces rekrutacji, sprawdzania kwalifikacji czy ustalania warunków pracy i pobytu odbywał się w bardziej uporządkowany sposób, już na etapie wyjazdu z kraju. Tego Polska do tej pory nie robiła, a przecież wiele państw – choćby Kanada czy Niemcy – z powodzeniem korzysta z takich narzędzi. To by pozwalało mieć większą kontrolę nad całym procesem i jednocześnie zwiększać bezpieczeństwo i przewidywalność dla obu stron.

Ale to wszystko nie zadziała bez pewnej zmiany kulturowej. Brakuje nam w Polsce uczciwej, publicznej debaty o tym, jaką Polskę chcemy budować w perspektywie pięciu, dziesięciu czy dwudziestu lat. Bo prawda jest taka, że Polska będzie krajem wieloetnicznym – i to nie jest żadna teza, tylko opis rzeczywistości, która już się dzieje. Pytanie brzmi: czy chcemy być na to gotowi, czy wolimy udawać, że problem nie istnieje? Żeby było jasne – nie chodzi o idealizowanie, bo życie w społeczeństwie wielokulturowym niesie ze sobą wyzwania, napięcia, nieporozumienia. Ale to nie znaczy, że należy to odrzucać. Wręcz przeciwnie – trzeba myśleć, jak ten potencjał wykorzystać.

Migracja to nie tylko prosta siła robocza. To także ogromny potencjał ludzki, kompetencyjny, innowacyjny. Jeśli spojrzymy na największe firmy technologiczne w Stanach Zjednoczonych, to bardzo często założycielami lub liderami są migranci – z Europy Wschodniej, z Azji, z Ameryki Południowej. W Polsce mamy podobne przypadki, choćby w sektorze IT – wielu świetnych specjalistów z Ukrainy czy Białorusi zasila nasze firmy, przynosząc nowe pomysły, doświadczenia, rozwiązania. Tylko my wciąż mamy tendencję do tego, żeby migrantów widzieć przede wszystkim jako tanią siłę roboczą – a przecież 40% Ukraińców w Polsce pracuje poniżej swoich kwalifikacji. To są często ludzie z wyższym wykształceniem, z doświadczeniem zawodowym, a pracują jako sprzedawcy czy wykonują proste usługi. I teraz oczywiście – takie prace też są potrzebne. Ale jeśli myślimy o długofalowej strategii, to warto byłoby stworzyć im możliwości wykorzystania ich rzeczywistych kompetencji.

Zresztą, ja zakładam, że wielu z tych ludzi – szczególnie Ukraińców – wróci w przyszłości do swojego kraju. I byłoby dobrze, gdyby wracali z nowymi umiejętnościami, doświadczeniem, które wykorzystają u siebie. To by oznaczało, że czas spędzony w Polsce nie był dla nich czasem straconym, ale realną inwestycją w przyszłość.

Na koniec powiem coś, co wydaje mi się kluczowe. My w Polsce nadal traktujemy migrację jako coś wyjątkowego, coś nadzwyczajnego. Tymczasem z historycznego punktu widzenia migracja jest czymś absolutnie normalnym – ludzie przemieszczają się od zawsze, zmieniają miejsca zamieszkania, mieszają się kultury, języki, tożsamości. To jest część naszej historii jako ludzkości. I to, czy jesteśmy w stanie ten proces oswoić i zorganizować w sposób mądry, świadczy też o naszym poziomie adaptacyjności jako społeczeństwa. Bo migracja nie zniknie. Możemy tylko zdecydować, czy będziemy ją traktować jako problem, czy jako wyzwanie i szansę.

Przypomnę, że udało nam się przejść z takiego kraju, gdzie tych imigrantów nie było, do poziomu kraju, gdzie stanowią 6-7% populacji. I pomimo tego, co nam różne osoby próbują wmawiać, nie ma dużych kosztów ani społecznych, ani ekonomicznych. Wręcz przeciwnie, jeżeli patrzymy na sferę ekonomii, jest dokładnie odwrotnie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Piotr Czubowicz

Prof. Paweł Kaczmarczyk jest dyrektorem Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego i profesorem na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW. Koordynuje również Centrum Doskonałości w Naukach Społecznych na tym samym Uniwersytecie. Jest członkiem Komitetu Badań Demograficznych oraz Komitetu Badań nad Migracjami Polskiej Akademii Nauk. Jego główne obszary badawcze obejmują przyczyny i konsekwencje migracji zarobkowych, mobilność osób o wysokich kwalifikacjach, relacje między migracjami a systemami zabezpieczenia społecznego, polityki migracyjne, metodologię badań migracyjnych, ekonomię pracy, ekonomię ludności i demografię oraz ekonomię międzynarodową.