Sztuka współczesna, często postrzegana jako hermetyczna, trudna i niezrozumiała, rzadko przyciąga osoby dojrzałe wiekiem. Tymczasem przy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie z powodzeniem działa Klub Seniorek i Seniorów Nowoczesnych – miejsce, które pomaga odkrywać i rozumieć sztukę współczesną, a przy tym inspiruje, buduje relacje i wzmacnia kreatywność. O kulisach jego działania oraz o tym, jak wiele ma on do zaoferowania również poza światem sztuki, rozmawiamy z jego założycielką, Jolantą Woch.

Piotr Czubowicz: Jak zaczęła się Twoja przygoda z Klubem? Skąd w ogóle pomysł? Kiedy to się zaczęło? Po co powstał ten klub?

Jolanta Woch: Ta historia zaczyna się znacznie wcześniej, ma swoją genezę. Na początku lat dwutysięcznych pracowałam w Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie – w dziale obsługi publiczności. Tam po raz pierwszy poczułam, że mogę coś od siebie dać odbiorcom kultury, szczególnie tym, którzy z różnych powodów są trochę „na zewnątrz” instytucji. Zupełnie wolontaryjnie zaczęłam organizować oprowadzania po muzeum w języku polskim. Dla Polaków mieszkających w Londynie była to ogromna wartość. Jako pracowniczka muzeum miałam dostęp do wszystkich kuratorskich fiszek, notatek i informacji o zbiorach – wtedy jeszcze niedostępnych online. Dzięki temu mogłam zainteresować zwiedzających szczegółowymi informacjami na temat poszczególnych eksponatów. I to nie była kwestia mojej specjalistycznej wiedzy, ale raczej możliwości dzielenia się tym, co miałam w zasięgu ręki. Zauważyłam, jak bardzo nasi rodacy – często starsze osoby odwiedzające dzieci w Londynie po wejściu Polski do Unii – potrzebowali takiego przewodnika, który pomoże im zrozumieć sztukę w ich języku, w ich kontekście. I tak przez dwa i pół roku prowadziłam comiesięczne oprowadzania po różnych galeriach muzeum – od sztuki średniowiecznej i renesansowej, po współczesność, biżuterię, architekturę czy szkło. To doświadczenie bardzo wzbogaciło moją wiedzę na temat historii sztuki i jednocześnie uświadomiło mi, jak ważne jest tworzenie przestrzeni w kulturze, w której każdy może się poczuć swobodnie.

Czy to doświadczenie z Londynu miało wpływ na to, co później wydarzyło się w Polsce – czyli powstanie Klubu?

Zdecydowanie tak. Po powrocie z Londynu zaczęłam pracę w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – i to był moment, kiedy te wcześniejsze doświadczenia zaczęły się bardzo konkretnie przekładać na moją pracę tutaj. W muzeum wprowadzono wtedy nową funkcję – „opiekuna publiczności”, czyli osoby, która przez cały czas otwarcia wystawy jest obecna na sali, gotowa do rozmowy, oprowadzania, wyjaśniania. To nie była rola klasycznego przewodnika, raczej kogoś, kto wspiera indywidualny kontakt odbiorcy ze sztuką.

Bardzo lubiłam te rozmowy – nie z pozycji eksperta czy historyczki sztuki, bo nią nie jestem, lecz z ciekawości i otwartości. Z wykształcenia jestem projektantką ceramiki, ale sztuka współczesna od zawsze mnie fascynowała. I właśnie w tym bezpośrednim kontakcie z publicznością zauważyłam, że seniorów do naszego muzeum przychodzi bardzo mało.  Według badań, które Muzeum Sztuki Nowoczesnej prowadziło wtedy wspólnie z Zachętą i Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, osoby starsze stanowiły tylko ok. 4% naszych publiczności. W skali całego kraju jest to ok. 2 %. A przecież w filharmoniach, teatrach i zapewne muzeach historycznych ten odsetek jest bardzo wysoki.

Dane te jednoznacznie wskazywały na to (i wskazują obecnie), że istnieje wyraźna bariera pokoleniowa w odbiorze sztuki współczesnej. I to właśnie był moment, w którym zaczęłam zastanawiać się, co można zrobić, żeby tę barierę przełamać.

Z czasem zaczęłam organizować oprowadzania bardziej dyskursywne, otwarte, odbywające się w godzinach południowych, tak by mogli przyjść ci, którzy nie pracują zawodowo. Nie kierowaliśmy ich specjalnie do seniorów, ale to oni stanowili większość uczestników. Te spotkania szybko stały się czymś więcej niż tylko oprowadzaniem – były rozmową, wymianą doświadczeń, wspólnym odkrywaniem sztuki. I z tych spotkań, z tej relacji, która z czasem się wytworzyła, w naturalny sposób narodził się pomysł na Klub. Miał on być kontynuacją tego dialogu – miejscem, gdzie seniorzy nie tylko przychodzą oglądać sztukę, ale stają się częścią życia muzeum.

Mówiłaś, że seniorzy często czują się onieśmieleni, kiedy trafiają do muzeum. Z czego to Twoim zdaniem wynika – i jak Ty próbowałaś to przełamać?

Tak, to jest bardzo wyraźne i do dziś to obserwuję. Dla wielu starszych osób muzeum, zwłaszcza takie jak Muzeum Sztuki Nowoczesnej, jest miejscem, do którego wchodzą z pewnym lękiem. Boją się, że nie zrozumieją przekazu sztuki współczesnej, że będą się czuli zagubieni wśród tych wszystkich form, instalacji, czy konceptualnych prac. Często mówią wręcz, że „to nie dla nich”, że „tego nie da się zrozumieć”. A do tego dochodzi jeszcze bariera społeczna – strach, że zostaną odebrani jako ci, którzy „nie nadążają”, że młodsi ich wyśmieją albo nie potraktują poważnie.

Taki strach zupełnie mnie to nie dziwi. Świat zmienia się wokół nas bardzo szybko, podobnie sztuka. 100 lat temu obrazy i rzeźby odwzorowywały  spostrzeganą przez nas rzeczywistość – sylwetki i portrety ludzi, pejzaże, wizualizowały wielkie wydarzenia historyczne. Dzisiaj sztuką może być wszystko – wideo, obraz cyfrowy, utwór muzyczny, sam koncept…   Jeżeli nie uczyliśmy się nigdy o przemianach w tej dziedzinie, to skąd niby mamy wiedzieć o co chodzi? Swoją drogą obecnie w szkołach również nie dyskutuje się na temat najważniejszych dzieł sztuki współczesnej.

Oprowadzając po wystawach starałam się pokazywać, że każda z prezentowanych prac odnosi się do jakiegoś aspektu rzeczywistości, czy to z zakresu przeżyć osobistych artystki lub artysty, czy też wydarzeń społecznych. Pomagał mi w tym mój seniorski wiek i doświadczenie, bo dla moich równolatków nie byłam „tą młodą z muzeum”, tylko kimś, z kim łatwiej się utożsamić. Rozumieliśmy się, zaczynaliśmy rozmawiać, śmiać się, dzielić refleksjami. Niektórzy seniorzy zaczęli przychodzić częściej, zaprzyjaźniliśmy się.

Niektórzy z nich mówili: „Pani Jolu, może byśmy też poszli razem do Zachęty albo do Centrum Sztuki Współczesnej? Bo my byśmy chcieli, żeby ktoś nam tak to wytłumaczył, jak pani tłumaczy”. I wtedy zrozumiałam, że to nie jest tylko kwestia mojej pracy w muzeum, ale potrzeby o dużo większym zasięgu. Seniorzy chcą uczestniczyć w kulturze współczesnej, tylko potrzebują kogoś, kto im pokaże, że mają do tego pełne prawo. I tak jak kilkanaście lat wcześniej w londyńskim Muzeum Wiktorii i Alberta zorganizowałam oprowadzania po polsku, tak teraz postanowiłam wykorzystać swoją pracę w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie do poszerzania wiedzy o sztuce współczesnej wśród starszych mieszkańców stolicy. Do włączenia ich w działania muzeum.

Czy to właśnie wtedy pojawił się pomysł stworzenia Klubu – żeby odpowiedzieć na tę szerszą potrzebę?

Dokładnie tak. Według statystyk GUS-u w Warszawie mieszka dzisiaj ponad 440 tys. osób 60+,  co stanowi jedną czwartą wszystkich mieszkańców miasta. I liczba ta będzie rosła. Pomyślałam, że jeśli chcemy, by ta ogromna grupa społeczna uczestniczyła w tym kawałku kultury współczesnej, jaką jest sztuka tworzona obecnie, to trzeba im w tym pomóc – stworzyć warunki, język, przestrzeń, która ich nie onieśmiela. Bo sztuka współczesna, wbrew pozorom, nie mówi o rzeczach abstrakcyjnych, tylko o nas – o naszej codzienności, emocjach, problemach, relacjach. Trzeba tylko znaleźć sposób, by ten język przełożyć na doświadczenie odbiorcy.

I tak pojawił się pomysł Klubu. W tamtym czasie uczestniczyłam w różnych szkoleniach organizowanych przez Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę” (TITę), które od lat zajmuje się aktywizacją seniorów i włączaniem ich w życie społeczne i kulturalne. Byłam między innymi na kursie „Projektowanie starości” dla pracowników instytucji kultury. To było tuż przed pandemią. I właśnie tam, podczas tych warsztatów wykrystalizował mi się pomysł na Klub – miejsce regularnych spotkań wokół sztuki współczesnej, stworzone specjalnie z myślą o seniorach, ale też otwarte na inne pokolenia.

Jak udało się ten pomysł wcielić w życie? Od czego zaczęłaś, żeby Klub naprawdę powstał?

Pierwszym krokiem było złożenie projektu w konkursie „Seniorzy w akcji” (dziś to już „Pokolenia w akcji”), organizowanym właśnie przez TITę. To fantastyczny program – co roku wybieranych jest kilkadziesiąt projektów z całej Polski, a autorzy dostają nie tylko grant finansowy, ale też ogromne wsparcie merytoryczne: tutoring, szkolenia, kursy, także z zakresu rozliczania projektów. Dla mnie to było niesamowite doświadczenie.

Dzięki wygranemu konkursowi mogłam zorganizować pierwszy, pilotażowy Klub – zaprosiłam do niego 30 osób. Rekrutacja wcale nie była trudna, bo wiedziałam, gdzie szukać. Zwróciłam się do instytucji, które już współpracowały z seniorami: Centrów Aktywności Międzypokoleniowej, domów kultury, klubów seniora. Tam, przez rozmowy, przez polecenia, udało mi się zebrać grupę osób, które już były aktywne – wychodziły z domu, uczestniczyły w różnych zajęciach.

Towarzystwu Inicjatyw Twórczych „ę” bardzo spodobał się sam pomysł – zauważyli, że sztuka współczesna to obszar, w którym seniorzy często czują się wykluczeni, więc projekt ma sens społeczny. Poproszono mnie tylko, żebym nie realizowała go sama, ale w duecie z młodą osobą, żeby zachować charakter międzypokoleniowy. I tak do projektu dołączył mój kolega z muzeum, filozof Adrian Krupa, który również był opiekunem publiczności. To był strzał w dziesiątkę – od początku świetnie się uzupełnialiśmy.

Musiałam też od razu dostosować się do wymogu zrekrutowanych do projektu seniorek. Było ich w nowo założonym Klubie 25, czyli 5 razy więcej niż seniorów. Zażądały one zmiany nazwy początkowej nazwy Klub Seniorów Nowoczesnych na Klub Seniorek i Seniorów Nowoczesnych. Powiedziały, że nie czują się seniorami, tylko seniorkami.

No i wtedy przyszła pandemia – trudny moment na start takiego przedsięwzięcia. Jak sobie z tym poradziliście?

Tak, to był naprawdę szczególny czas. Klub miał wystartować w budynku Muzeum Sztuki Nowoczesnej przy ul. Pańskiej, ale nagle wszystko się zamknęło. A my mieliśmy już trzydzieści osób, gotowych do działania. Musieliśmy się błyskawicznie przeorganizować. Adrian zaczął uczyć naszych uczestników podstaw obsługi komputera – jak założyć e-maila, jak korzystać z Facebooka, jak dołączyć do grupy. I to była wspaniała lekcja – i dla nas, i dla nich.

Zaczęliśmy działać online: warsztaty artystyczne, spotkania z artystami, wykłady o historii sztuki wice-dyrektora MSN Marcela Andino Veleza – wszystko odbywało się przez internet. Prowadząca warsztaty artystka Dorota Podlaska uczyła uczestników, jak tworzyć kolaże, autoportrety czy prace z papieru, pokazując krok po kroku przez kamerę. I mimo izolacji, dzięki temu, że powstała nasza grupa na Facebooku, utrzymaliśmy kontakt i wspólnotę.

To, że wszystko się nagrywało, okazało się ogromnym plusem – mamy dziś archiwum tamtych spotkań, rozmów, wykładów. Po pandemii przeszliśmy do działań w przestrzeni miejskiej, spotkań na żywo, wyjazdów. A kiedy projekt pilotażowy się skończył i okazało się, że bardzo się seniorkom i seniorom spodobał, muzeum uznało, że to coś więcej niż jednorazowa inicjatywa. Dyrekcja podjęła decyzję, że Klub zostanie na stałe włączony w program edukacyjny Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Rozumiem, że dzięki tym wszystkim działaniom między klubowiczami tworzy się więź, taka prawdziwa społeczność?

Tak, zdecydowanie tak. To jest w ogóle najpiękniejszy aspekt tego wszystkiego. Od początku zależało nam, żeby to nie była tylko grupa ludzi, którzy spotykają się raz na jakiś czas na oprowadzaniu i potem każdy wraca do siebie,  tylko właśnie społeczność. I to się udało. My się naprawdę znamy – po imieniu, wiemy, kto co lubi, kto ma wnuki, kto ostatnio chorował. Jak ktoś nie przyjdzie na spotkanie, to natychmiast ktoś inny dzwoni zapytać, czy wszystko w porządku, czy nie trzeba pomóc. Często słyszę od uczestników, że klub stał się dla nich ważnym miejscem spotkań. Niektórzy spotykają się ze sobą prywatnie, chodzą razem na kawę, do kina, na spacery, czasem nawet wspólnie wyjeżdżają – ostatnio zwiedzaliśmy razem, już prywatnie, głośną wystawę „ Co babie do pędzla” w Muzeum Narodowym w Lublinie. I to jest dla mnie ogromna radość, bo wiem, że oprócz tego kontaktu ze sztuką dajemy ludziom coś jeszcze – poczucie przynależności.

A jak reagują nowi uczestnicy? Łatwo się w tej społeczności odnaleźć?

Zdecydowanie tak. To są bardzo otwarci ludzie, z dużą empatią. Jak tylko ktoś nowy pojawia się na spotkaniu, od razu ktoś do niego podejdzie, zagada, opowie, co się dzieje, jakie mamy plany. Nie ma takiego poczucia, że to zamknięte grono, że „my już się znamy, a ty jesteś nowy”. Wręcz przeciwnie – wszyscy się cieszą, że ktoś nowy dołącza. I to jest właśnie ta magia wspólnoty, która sama się napędza – im więcej ludzi, tym więcej energii i pomysłów.

Czy w klubie są takie osoby, które szczególnie się angażują, pomagają w organizacji?

Tak, jest ich naprawdę sporo. Członkinie i członkowie  Klubu czują się współodpowiedzialni za to, co się dzieje. Na  grupie FB Klubu wymieniamy się informacjami o wystawach i wydarzeniach, dużo osób wrzuca tam zdjęcia z klubowych wydarzeń. Jedna z koleżanek, Ewa Korzeniewska, założyła i prowadzi naszą wewnętrzną bibliotekę KlubBook. Inna seniorka, Małgosia Meissner, przygotowuje plany naszych wyjazdów poza Warszawę – trasy, pociągi, bilety miejskie. Członkowie i członkinie grupy plastycznej Klubu sami przygotowują wystawy zbiorowych prac całej grupy. Kilka naszych pań Ela Zawadzka, Agnieszka Dołowy, Witosława Giedrojć oraz Aldona Doliszna oprowadza wolontaryjnie po wystawach w MSN publiczność muzeum. Przygotowanie się do często zmieniających się wystaw jest dla nich ogromną pracą, wymagającą uczestniczenia w szkoleniach kuratorskich dla przewodników i edukatorów muzealnych. Kilka z naszych seniorek – Basia Grzymska, Grażyna Dudzińska, i Ewa Korzeniewska przygotowało dla Klubu prezentacje na temat życia i twórczości artystek, których prace pokazywane są na wystawach. Specjalnie w tym celu, z pomocą młodej wolontariuszki, nauczyły się tworzenia prezentacji w Power Poincie. Mamy też klubowiczki, Elę Hołoweńko  i Aldonę Doliszna, które za prowadzenie zajęć  dla Klubu, takich jak regularne warsztaty plastyczne oraz spotkania z artystami i artystkami na ZOOM-ie, otrzymują od muzeum wynagrodzenie. Taki był nasz cel od początku – żeby członkowie klubu mieli też szansę wcielać się w role prowadzących. Ja z kolei umawiam się z kuratorami na oprowadzania po wystawach w MSN-ie i w innych muzeach i galeriach sztuki oraz organizuję wizyty w pracowniach artystów. Koordynuje i spinam to wszystko organizacyjnie i finansowo w całość pod okiem obecnego opiekuna Klubu, kuratora Tomka Fudali z działu programowego muzeum. Także Klub jest tak naprawdę wspólnym dziełem wielu osób.

Wiele osób starszych chce podzielić się z innymi nabytym w ciągu swojego życia doświadczeniem i wiedzą, także lubią być ekspertami w jakiś sprawach. Taką szansę daje nam właśnie przynależność do MSN-u. Wielokrotnie pomagaliśmy w audycie dostępności pomieszczeń Muzeum na etapie budowy nowego gmachu na Pl. Centralnym. Współorganizowaliśmy otwartą do końca marca 2026 r. w Muzeum Woli wystawę Warszawa w budowie 17. Starsze miasto. Wystawione są tam prace grupy plastycznej klubu, instalacja „To jest moje życie” stworzona przez nas z założycielem słynnego Laboratorium w CSW Zamek Ujazdowski Januszem Byszewskim oraz film artysty Franciszka Orłowskiego „I raz i dwa” pokazujący m.in. nasz performans-demonstrację w centrum Warszawy z hasłami na temat potrzeb seniorów.  Obecnie angażujemy się w programowanie popołudniowego repertuaru znajdującego się w muzeum KINOMUZEUM.

Czy Klub jest otwarty dla wszystkich? Czy są jakieś ograniczenia, np. tylko dla mieszkańców Warszawy?

Nie, nie ma żadnych formalnych ograniczeń. Oczywiście z przyczyn praktycznych uczestnikami są głównie osoby z Warszawy i okolic. Mamy osoby z podwarszawskich miejscowości – spod Żyrardowa, z Legionowa. To się samo reguluje. Wiadomo, że to, że ktoś będzie dojeżdżał na nasze spotkania z Gdańska jest mało prawdopodobne, ale nie zamykamy się na taką możliwość.

Dużo osób obserwuje nas na naszej grupie facebookowej. Jest to już prawie 1000 osób. Mieszkają w Warszawie i poza Warszawą, a niektórzy nawet poza Polską. Są to ludzie w każdym wieku. Żeby znaleźć nas na FB trzeba poprosić o dołączenie do grupy Klub Seniorów i Seniorek Nowoczesnych.

A jak wygląda kwestia uczestnictwa w Klubie? Czy wszyscy, którzy przychodzą zostają na dłużej?

Kiedyś wszystkie spotkania były darmowe, na liście mailingowej Klubu było wtedy 150 osób.  Niektórzy przychodzili bardzo często, niektórzy rzadziej. W tym roku  wprowadziliśmy symboliczną składkę miesięczną 15 zł – trzeba wykupić karnet na pół roku za 90 zł – żeby utrzymać pewną regularność i również trochę się samofinansować. Klub liczy więc obecnie 75 członków, ale ta liczba wciąż się zmienia. Zdarza się, że ktoś swojego karnetu na następne półrocze nie przedłuża, bo dochodzi do wniosku, że taki rodzaj spotkań które oferuje Klub, nie jest dla niego. Ale prawie codziennie zapisuje się znowu nowa osoba. Niektórzy są więc z nami od samego początku działania klubu czyli od ponad 5 lat, a niektórzy od całkiem niedawna. Program klubu bardzo koncentruje się na współczesnej sztuce – a to temat wymagający, czasem kontrowersyjny. Niektórym osobom, które np. malują realistycznie i oczekują raczej nauki warsztatu, trudno odnaleźć się w tworzeniu dzieł konceptualnych. Zdarza się też, że ktoś rezygnuje na jakiś czas z powodów zdrowotnych, ale później powraca.

Dlaczego sztuka współczesna bywa dla uczestników wyzwaniem?

To nie jest łatwa materia. Wielu seniorów przychodzi z nastawieniem, że sztuka ma być „piękna” i „estetyczna”. A tu nagle widzą wystawę o wojnie w Ukrainie, o konflikcie w Gazie, o prawach kobiet, o aborcji. To trudne tematy, czasem szokujące. Niektórzy mówią: „Dlaczego w muzeum nie ma nic ładnego?”. Ale właśnie o to chodzi – żeby pokazać, że sztuka współczesna nie jest dekoracją, tylko językiem, którym można opowiadać o świecie.

W Muzeum Sztuki Nowoczesnej częściej możemy zobaczyć sztukę zaangażowaną społecznie, niż sztukę piękną. „Etykę a nie estetykę” jak wyraziła się w którymś wywiadzie słynna krytyczka i kuratorka sztuki Anda Rottenberg.  To jest świadoma decyzja. I seniorzy uczą się tego zrozumienia – że sztuka może być narzędziem myślenia, dyskusji, a nie tylko estetycznego zachwytu.

A jakie są największe bolączki klubu? Co mogłoby pomóc wam działać jeszcze lepiej?

Na pewno więcej rąk do pracy. Prowadzę Klub sama (obecnie już na umowie zleceniu)  i to tylko w ograniczonej ilości godzin tygodniowo. Jeżeli chętnych do zapisania się do Klubu – a wszystkich serdecznie zapraszamy, będzie dużo więcej, to pewnie przydałaby się druga osoba prowadząca. Muzeum bardzo nas wspiera i finansowo i merytorycznie, ale chciałoby też, żebyśmy pozyskiwali granty i w większej części się  samofinansowali. To jest kierunek, nad którym pracujemy.

A czy ten model – klub seniorów przy muzeum – dałoby się przenieść do innych instytucji kultury?

Zdecydowanie tak. Nasz projekt został uznany przez Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę” za jeden z tzw. projektów modelowych. To znaczy, że można go powielać – ten format działa, jest sprawdzony. I rzeczywiście, wiele instytucji mogłoby coś takiego stworzyć: muzea, centra sztuki, biblioteki, domy kultury. Bo to, że Klub SiSN funkcjonuje przy Muzeum Sztuki Nowoczesnej, stanowi jej część jako jedna z utworzonych przy nim społeczności, jest kluczowe. Pełną parą korzystamy z zasobów tej instytucji: sal edukacyjnych, sprzętu, mediów społecznościowych, wiedzy kuratorskiej, kontaktów instytucjonalnych, współpracy z działem edukacji, pomocy muzealnych wolontariuszy, itp. To kapitał nie do przecenienia. W MSN mamy dostęp do wiedzy, zaplecza, do ludzi, którzy współpracują z nami z pasji, a nie tylko z obowiązku.

Czy podobne wspólnoty istnieją już w innych miejscach?

Nie w takiej formie. Czasem instytucje organizują coś w rodzaju cyklicznych spotkań – jak np. „Wieczory dla dorosłych” w Centrum Nauki Kopernik – ale to są jednorazowe wydarzenia. Tam nie tworzą się więzi. A klub to coś więcej – to wspólnota ludzi, którzy przychodzą regularnie, znają się, wspierają, czują się częścią czegoś większego. Niektórzy z nas mieszkają samotnie, z najbliższymi spotykając się najczęściej w weekendy. Klub (oprócz też innych naszych superciekawych) zajęć, wypełnia nam przestrzeń tych dni powszednich – daje nam rytm, sens, miejsce, do którego warto wyjść z domu.

Czyli można powiedzieć, że to takie „trzecie miejsce”?

Dokładnie. To jest idea „third place” – miejsca, które nie jest ani domem, ani pracą, tylko przestrzenią wspólnoty. I właśnie tego starsi ludzie najbardziej potrzebują. W Warszawie powstaje coraz więcej Centrów Aktywności Międzypokoleniowej, finansowanych przez miasto. To świetne inicjatywy – mają kawiarenki, zajęcia, przestrzeń do spotkań. Nasz klub różni się tym, że jest tematyczny, skupiony wokół sztuki. I to przyciąga ludzi, których ta szuka intryguje, chcą ja oglądać, tworzyć, dyskutować na jej temat. Klubowi seniorzy chcą być częścią MSN-u. I być dla tej instytucji ważni.

Wyobrażam sobie podobne wspólnoty przy najważniejszych instytucjach kultury w całym kraju. Każda z nich ma potencjał, by stać się takim „Trzecim miejscem” dla swojej społeczności. Problemem jest tylko to, że zazwyczaj żaden z pracowników instytucji nie ma w swoich obowiązkach tworzenia podobnych struktur.


Jolanta Woch – warszawianka, ale i była mieszkanka Londynu i Paryża, projektantka ceramiki z zawodu i miłośniczka sztuki współczesnej z zamiłowania. Wieczna studentka klas rysunku, rzeźby i malarstwa. Założycielka Klubu Seniorek i Seniorów Nowoczesnych w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, entuzjastyczna przewodniczka po wystawach.