Coraz mniej dzieci, coraz więcej osób starszych i zupełnie nowe układy rodzinne. Polska staje się społeczeństwem, które będzie musiało nauczyć się życia w warunkach długowieczności. Czy potrafimy myśleć o starzeniu nie jako o kryzysie, lecz jako o nowej formie organizacji życia społecznego?

dr hab. Mariola Racław
Profesor uczelni, socjolog. Pracuje w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych na Wydziale Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji UW. Jej główne pola zainteresowań badawczych to: socjologia rodziny oraz starzenia się i niepełnosprawności a także analizy polityki rodzinnej i ludnościowej w perspektywie socjologicznej. Autorka artykułów, publikacji naukowych oraz analiz i ekspertyz dotyczących obszaru pomocy społecznej, polityki rodzinnej i ludnościowej. Współzałożycielka Sekcji Socjologii Niepełnosprawności PTS, a w latach 2018-2025 jej wiceprzewodnicząca. Laureatka II edycji Konkursu im. E. Tarkowskiej na pracę naukową dotyczącą ubóstwa i wykluczenia społecznego. W latach 2017-2024 członkini Rządowej Rady Ludnościowej. W 2026 r. otrzymała odznakę honorową MRPiPS "Primus in Agendo".
Małgorzata Maryl-Wójcik: W jakim miejscu znajduje się dziś Polska, jeśli chodzi o demografię i zmiany społeczne?
Jesteśmy dziś na etapie, w którym po prostu przyjmujemy do wiadomości, że żyjemy w starzejącym się społeczeństwie — a jeśli mówić językiem demografii, to raczej w starzejącej się populacji. Demografia posługuje się bowiem terminami ludność i populacja, a nie społeczeństwo, które to pojęcie niesie ze sobą znacznie szerszy kontekst społeczny i kulturowy. O procesie starzenia się ludności wiemy od dawna.
Podejmowane są różne próby, które mają nie tyle odwrócić ten trend — bo właściwie nie da się go już odwrócić — ile go spowolnić .. Na razie jednak widzimy, że działania te nie tyle okazują się nieskuteczne, ile po prostu nie znajdują odzwierciedlenia w rzeczywistych danych demograficznych. Ostatni odnotowany współczynnik dzietności za rok 2025 wyniósł 1,068, czyli nawet nie 1,1.
To moment szczególny, ponieważ od wielu lat pozostajemy poniżej prostej zastępowalności pokoleń, a od pewnego czasu także poniżej poziomu wartości 1,3 dla współczynnika dzietności. Oznacza to, że znaleźliśmy się w tzw. pułapce niskiej dzietności. To stan, w którym z jednej strony populacja doświadcza ubytku ludnościowego, a z drugiej — coraz trudniej ten proces zatrzymać czy odwrócić.
Mamy różne prognozy demograficzne — bardziej pesymistyczne, bardziej optymistyczne i scenariusze pośrednie. Wszystkie jednak pokazują, że najbliższe dekady będą dekadami wzrostu odsetka osób starszych i najstarszych dorosłych w populacji. Według prognoz do 2060 roku osoby powyżej 60. roku życia będą stanowiły niemal 40 proc. populacji. Ale to nie wszystko, bo mamy do czynienia z podwójnym procesem: nie tylko rośnie liczba osób starszych, ale także liczba najstarszych seniorów, czyli osób powyżej 75. i 80. roku życia.
To sytuacja historycznie nowa, właściwie niewyobrażalna dla wcześniejszych pokoleń. Ale z drugiej strony mam poczucie, że jesteśmy już trochę „poza samymi liczbami.” Znajdujemy się w takim momencie, w którym zaczynamy rozumieć, że kształtują się zupełnie nowe właściwości społeczeństwa. Powoli odchodzimy od myślenia w kategoriach paradygmatu, w którym proces starzenia się ludności był rozpatrywany najpierw jako problem, a później — nieco łagodniej — jako wyzwanie. Coraz częściej zaczynamy myśleć inaczej: tak po prostu wygląda współczesne społeczeństwo. Starzenie się populacji, wzrost liczby osób starszych i najstarszych — coś, czego wcześniej w historii na taką skalę nie było — staje się jedną z podstawowych cech współczesności.
To zupełnie inny rodzaj narracji niż mówienie: „mamy problem” albo „stoimy przed wyzwaniem”. To raczej myślenie w kategoriach adaptacji niż korekty. Oczywiście takie podejście nie jest dziś szczególnie popularne. Nadal bardzo silne są wystąpienia polityczne czy publicystyczne, które traktują taki przebieg procesów demograficznych przede wszystkim jako zagrożenie. Przykładem może być Mateusz Łakomy i jego książka „Demografia jest przyszłością”, często cytowana przez polityków różnych stron sceny politycznej. To spojrzenie bardzo mocno osadzone w logice przeciwdziałania starzeniu się społeczeństwa — szukania sposobów na zwiększenie liczby urodzeń i zmianę trendów demograficznych.
Ja jestem trochę po drugiej stronie. To nie znaczy, że uważam, iż nie należy wspierać dzietności — przeciwnie. Każdy, kto chce mieć dzieci, powinien móc mieć ich tyle, ile chce i moc wychować je w godnych warunkach. Wiemy przecież, że niemal wszędzie na świecie istnieje zjawisko luki reprodukcyjnej, czyli różnicy między deklarowaną liczbą dzieci a liczbą dzieci rzeczywiście posiadanych. Jednocześnie uważam, że nie powinniśmy już straszyć starzeniem się ludności ani mówić wyłącznie o pokonywaniu barier czy ograniczeń. Powinniśmy raczej zastanawiać się, jak organizować życie społeczne w sytuacji, w której — jeśli prognozy się utrzymają — niemal 40 proc. populacji będą stanowiły osoby po 60. roku życia. To oznacza zupełnie inny sposób organizacji usług, rynku pracy, opieki, przestrzeni społecznej czy myślenia o jakości życia — nie tylko długości życia, ale także życia w zdrowiu.
To podejście jest zresztą zgodne z nowymi trendami widocznymi w samej demografii. Coraz częściej pojawia się tam pewien sprzeciw wobec tradycyjnego sposobu myślenia o procesach ludnościowych. Warto przypomnieć, że demografia w Polsce nie funkcjonuje jako samodzielna dyscyplina naukowa, lecz jako specjalizacja w obrębie innych dyscyplin naukowych.
Coraz wyraźniej widać też propozycje płynące z poziomu międzynarodowego, zwłaszcza z kregów badaczy z innych krajów Unii Europejskiej, mówiące o potrzebie rozwijania tzw. demografii kulturowej. Nazwa może być trochę myląca, ale chodzi o takie podejście, które uwzględnia socjologiczny i humanistyczny wymiar procesów demograficznych. Zaczynamy dostrzegać, że wraz ze zmianami populacyjnymi kształtuje się zupełnie nowy obraz społeczeństwa.
Można powiedzieć, że stare reżimy społeczne charakterystyczne dla XX wieku odchodzą, a XXI wiek przynosi zupełnie nowe właściwości społeczne, nowe mechanizmy organizujące życie zbiorowe i nowy poziom złożoności. W związku z tym musimy zacząć myśleć i mówić nowymi kategoriami — albo próbować dostosowywać stare pojęcia do nowych realiów. Celowo unikam słowa „wyzwanie”. Wolę mówić o właściwościach społeczeństwa XXI wieku.
Mówiłaś o tym, że zmieniamy sposób myślenia o starzeniu się i starości, że zmienia się sam paradygmat patrzenia na te procesy. Chciałam więc zapytać o to „my”. Bo to prowadzi mnie z jednej strony do myślenia o polityce, a z drugiej do oddolnego myślenia społeczeństwa o tym, co nas wspólnie czeka jako dużą grupę społeczną. Kogo masz na myśli, mówiąc „my”? Kto właściwie dziś myśli o starzeniu się społeczeństwa i o tych zmianach?
Mamy tutaj bardzo różnych aktorów zbiorowych i różnych interesariuszy. Zacznijmy może od tego poziomu bardziej instytucjonalnego. Każdy z nas, mówiąc językiem demografii, ma określone zachowania demograficzne — nasze wybory życiowe, sposoby działania czy organizowania własnego życia wpływają na kształt społeczeństwa. Ale jeśli spojrzymy „z góry”, to przede wszystkim mamy aktorów związanych ze światem polityki.
I doskonale wiemy — chyba nie trzeba tego specjalnie tłumaczyć — że kwestia starości jest dziś nie tyle upubliczniona, ile wręcz upolityczniona. Dzieje się tak przede wszystkim ze względu na krajowe systemy zabezpieczenia społecznego, ale nie tylko. Polityka bardzo mocno uczestniczy dziś w definiowaniu starości, starzenia się i tego, jak należy na te procesy reagować.
To jeden z głównych aktorów zbiorowych i interesariuszy uczestniczących w tej debacie. Ale mamy też bardzo ważną grupę podmiotów związanych z przemysłem i biznesem. One również są zainteresowane starzeniem się społeczeństwa, przede wszystkim w kontekście tzw. silver economy. Chodzi nie tylko o rynek pracy i starzejących się pracowników, ale także o pytanie, w jaki sposób uzupełniać niedobory siły roboczej, na przykład poprzez migracje zastępcze.
Z perspektywy demografii może się to wydawać prostym mechanizmem — odpływ i napływ ludności — ale wiemy, że w praktyce jest to niezwykle trudne politycznie i społecznie. Jednocześnie biznes i przemysł będą bardzo silnie wpływały na to, jak definiujemy starość oraz jaka wizja starości staje się społecznie pożądana. I o tym również powinniśmy mówić bardzo wyraźnie.
Mamy też kolejnego aktora, który jest związany zarówno z upolitycznieniem tych tematów, jak i z tworzeniem pewnych panik moralnych — to media. One także „krążą”wokół tego problemu i współtworzą społeczne narracje dotyczące starzenia się populacji. Można powiedzieć, że dwie główne siły — polityka z jej wewnętrznymi polaryzacjami oraz szeroko rozumiany przemysł i biznes — próbują dziś kreować określoną wizję rzeczywistości związanej ze starzeniem się społeczeństwa. A media to przetwarzają.
Ale mamy też społeczeństwo obywatelskie: organizacje społeczne, lokalne inicjatywy i grupy działające wobec konkretnych zjawisk i problemów. I to jest bardzo ważne, bo choć często rozmawiamy o starzeniu się w sposób ogólny, to przecież na poziomie lokalnym istnieją bardzo różne oblicza starości.
Coraz częściej pojawiają się też nowe tematy, które jeszcze niedawno właściwie nie były obecne w debacie publicznej i lokalnej. Jednym z nich jest kwestia starszych mężczyzn, którzy będą żyli coraz dłużej. Ich przeciętne trwanie życia również się wydłuża, mimo że nadal istnieją niekorzystne różnice pomiędzy kobietami i mężczyznami w tym zakresie.
No i wreszcie mamy zwykłych ludzi — osoby żyjące w rodzinach i gospodarstwach domowych, które będą doświadczały starości w bardzo różnych formach i na różne sposoby: poprzez relacje rodzinne, kontakty społeczne czy codzienne doświadczenia życia.
Jest takie trochę banalne, ale bardzo prawdziwe stwierdzenie, że przy malejącej liczbie dzieci sieci rodzinne nie poszerzają się, lecz wydłużają. Nie chodzi więc o wymiar horyzontalny, ale wertykalny. Będziemy żyli w sytuacji, w której osoby w średnim wieku, ale także młodsze pokolenia, będą miały niezwykłą możliwość kontaktu z wieloma pokoleniami starszych członków rodziny jednocześnie.
Ale równocześnie pojawią się — i już się pojawiają — nowe wyzwania związane z opieką nad starzejącymi się krewnymi. Coraz częściej będziemy funkcjonować w rozbudowanych sieciach rodzinnych, w których wiele osób będzie wymagało wsparcia opiekuńczego. I to zaczyna być jedno z fundamentalnych doświadczeń współczesnych społeczeństw.
Od razu zapytam o zmianę relacji, która się z tym wiąże. W takim klasycznym, socjologicznym myśleniu o relacjach międzypokoleniowych zawsze pojawia się motyw przekazywania wiedzy i doświadczenia — starsze pokolenia uczą młodsze. Dzisiaj jednak widzimy już, że te role częściowo się odwracają, choćby ze względu na technologię i tempo zmian zachodzących we współczesnym świecie. Jak próbowałabyś zdefiniować współczesne relacje międzypokoleniowe? Czy rzeczywiście zachodzi tutaj zmiana?
Myślę, że ta zmiana już się dzieje, choć przebiega powoli, bo ma bardzo silne podłoże kulturowe. Rzeczywiście jest tak, jak powiedziałaś — starsze pokolenia przestają być wyłącznymi strażnikami wiedzy i doświadczenia. Coraz częściej mamy do czynienia z sytuacją, w której to młodsze pokolenia uczą starsze, chociażby w zakresie technologii czy funkcjonowania w cyfrowej rzeczywistości, ale warto sobie uświadomić, że te zmiany nie zachodzą wyłącznie pomiędzy najmłodszymi a najstarszymi. Bardzo istotne procesy będą zachodziły także pomiędzy pokoleniami średnimi i starszymi. To nie jest już prosty układ: młodzi kontra starsi. Ogromną rolę zaczyna odgrywać właśnie pokolenie średnie, które coraz częściej doświadcza wzmożonych obowiązków opiekuńczych i musi wypracowywać nowe sposoby funkcjonowania.
To są pytania bardzo konkretne: czy chcę opiekować się bliskimi? Czy mogę to robić? Jak mogę to robić? Jak pogodzić opiekę z pracą zawodową, własnym życiem, własnym starzeniem się? Długowieczność zmienia nasze podejście do samego przebiegu życia. Będziemy coraz częściej doświadczać wielokrotnych zmian ról społecznych, zawodowych i rodzinnych. Zmienią się nasze kariery życiowe, a to będzie wymagało od różnych pokoleń wzajemnego dostosowywania się do siebie i nowego definiowania społecznych ról.
Trzeba też pamiętać, że każde kolejne pokolenie wchodzące w starość jest zupełnie inne od poprzedniego. Różni się poziomem wykształcenia, doświadczeniami życiowymi, sposobem definiowania świata i sposobem uczestniczenia w życiu społecznym. Ludzie, którzy będą się starzeć za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, będą wchodzili w starość z zupełnie innym kapitałem doświadczeń niż obecne pokolenia seniorów.
To wszystko sprawia, że relacje międzypokoleniowe będą się zmieniały właśnie poprzez zmianę doświadczenia społecznego. Oczywiście relacje te będą też pełne napięć i nowych dynamik. Część osób będzie doświadczała braku relacji — z powodu niewchodzenia w trwałe związki, rozpadu wcześniejszych relacji, rozwodów czy po prostu samotności — a samotność staje się dziś jednym z najważniejszych problemów społecznych. Unia Europejska określa ją już mianem cichego kryzysu społecznego i przeznacza ogromne środki na badania oraz tworzenie sieci wsparcia dla samotnych osób i jednoosobowych gospodarstw domowych. Wiemy bowiem, że samotność to nie tylko kwestia pogorszenia zdrowia psychicznego i fizycznego. Coraz częściej mówi się także o tym, że sprzyja ona radykalizacji poglądów, wycofywaniu się z życia społecznego i obywatelskiego oraz osłabieniu więzi społecznych. W konsekwencji spada spójność społeczna, a to jest bardzo niebezpieczne dla społeczeństw, które w obliczu kryzysów muszą opierać się na solidarności i wzajemnym wsparciu.
Z jednej strony więc zmieniają się podstawowe właściwości społeczeństwa, ale z drugiej — coraz bardziej obawiamy się o społeczną kohezję, ponieważ pewne więzi i spoiwa społeczne nie są już tak silne, jak wcześniej. Dlatego ja nie pytałabym już wyłącznie o relacje międzypokoleniowe. Coraz bardziej interesujące wydają mi się relacje wewnątrz samej grupy osób starszych — grupy bardzo dużej i niezwykle zróżnicowanej. Powinniśmy zacząć zastanawiać się nad tym, jak będą wyglądały relacje pomiędzy różnymi grupami seniorów. Być może pojawi się zupełnie nowy rodzaj konfliktu pokoleń — tyle że wewnątrz samej kategorii społecznej zbiorczo określanej jako osoby starsze. Być może „młodzi starsi”, czyli sześćdziesięcio- czy siedemdziesięciolatkowie, zaczną inaczej patrzeć na najstarszych seniorów, osiemdziesięcio- czy dziewięćdziesięciolatków.
Bo kiedy mówimy „osoby starsze”, bardzo często myślimy o nich jak o jednolitej grupie. A to tak, jakby porównywać noworodka z osobą kończącą studia. To są przecież zupełnie inne potrzeby, możliwości i potencjały — także zdrowotne, ale nie tylko.
Osoba sześćdziesięcioletnia, którą dziś klasyfikujemy już jako „starszą”, może być zarówno emerytem, jak i osobą bardzo aktywną zawodowo, silnie zaangażowaną w pracę i życie społeczne. Sześćdziesięciopięciolatek wcale nie musi wycofywać się z rynku pracy — może pozostawać aktywny na wielu poziomach. Z kolei osoba osiemdziesięcioletnia nadal może uczestniczyć w zajęciach uniwersytetu trzeciego wieku, ale jednocześnie coraz częściej będzie miała w swoim otoczeniu osoby wymagające wsparcia czy opieki całodobowej.
Dlatego rozmowa o relacjach wewnątrz tej grupy jest niezwykle istotna. Właśnie w taki sposób tworzył się ageizm — poprzez traktowanie osób starszych jako grupy jednorodnej i patrzenie na starość głównie przez pryzmat osób najbardziej zależnych i potrzebujących pomocy. Ale paradoksalnie ageizm może być reprodukowany także wtedy, gdy bardzo mocno promujemy ideał „udanej starości”, a jednocześnie nie jesteśmy wrażliwi na różnorodność doświadczeń starzenia się. To bardzo prosta droga do dyskryminowania tych osób, które nie mieszczą się w dominującym wzorcu.
Coraz częściej zwracają na to uwagę gerontologowie kulturowi, którzy mówią: spójrzmy na różne oblicza starzenia się. Zobaczmy, jakie narracje dominują wokół „dobrej”, „pozytywnej” starości, ale też zobaczmy, o których grupach w ogóle się nie mówi. I nie chodzi wyłącznie o osoby po 85. roku życia. Być może nie mówi się o starzeniu się mniejszości etnicznych czy narodowych. Być może nie mówi się o starzeniu się osób LGBT+. Być może nie mówi się o osobach, które w społecznym odbiorze „przegrały starość”.
Co to znaczy?
Chodzi o osoby, które zestarzały się w sposób niezgodny z kulturowym ideałem. W społeczeństwach, które premiują młodość, sprawność i witalność, pożądana starość to taka, która wygląda młodo: aktywna, zadbana, sprawna, produktywna. A więc porażką starzenia się stają się te formy starości, które wiążą się z bólem, zależnością, chorobą, cierpieniem czy widocznymi oznakami starzenia. Także z rezygnacją z zabiegów mających podtrzymywać młody wygląd i wysoką sprawność.
Czy to już także polska rzeczywistość?
Myślę, że jeszcze nie w pełni, ale zdecydowanie jesteśmy w procesie zmiany. Z jednej strony nadal funkcjonuje bardzo tradycyjny obraz starości — samotnej starszej kobiety oczekującej pomocy i wsparcia. Ale równocześnie zaczyna się tworzyć drugi model starości: aktywnej, kolorowej, atrakcyjnej, mobilnej. I mam wrażenie, że te dwa obrazy zaczynają się coraz bardziej polaryzować. Oczywiście są one bardzo silnie związane z kapitałem ekonomicznym i kulturowym. Pojawia się figura seniora aktywnego, zadbanego, podróżującego, realizującego się zawodowo czy społecznie.
Zauważyłam to m.in. podczas spotkań na uniwersytetach trzeciego wieku. Czasami pojawia się tam takie przekonanie: „my jesteśmy tymi fajniejszymi seniorami, bo jesteśmy aktywni”. A gdzieś obok pozostają ci, którzy z różnych powodów nie uczestniczą w takich formach aktywności albo je odrzucają. To pokazuje, że również wewnątrz starości zaczynają tworzyć się podziały społeczne. I dopóki nie zaczniemy rozmawiać o tych różnych wizerunkach starzenia się, o naszych „białych plamach” w myśleniu o starości, dopóty — mimo wszystkich deklaracji o szacunku wobec seniorów — nadal będziemy poruszać się w ramach ageistowskich założeń.
Czyli jednym z takich ageistowskich założeń jest przekonanie, że przegraną formą starości jest starość wymagająca opieki i zależności od innych, a to prowadzi nas do bardzo ważnego pytania o organizację opieki. W Polsce twarz opieki nad osobami starszymi ma najczęściej twarz kobiety — zwykle kobiety w średnim wieku, która opiekuje się swoimi rodzicami lub innymi bliskimi. I pojawia się pytanie: co dalsze starzenie się społeczeństwa zmieni w organizacji opieki? Czy model oparty na rodzinie w ogóle będzie jeszcze możliwy do utrzymania? Bo dziś rzeczywiście bardzo często koszt opieki nad osobą starszą zostaje przerzucony na rodzinę, która sama musi szukać rozwiązań.
To jest trafna diagnoza. W Polsce funkcjonujemy w modelu opieki, który opiera się na bardzo silnym prywatyzowaniu odpowiedzialności za opiekę, ale nie poprzez rynek, tylko poprzez rodzinę. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której ryzyko związane zarówno z potrzebą opieki, jak i z byciem opiekunem, jest zarządzane przede wszystkim przez rodzinę. To model charakterystyczny dla Europy Środkowo-Wschodniej, bardzo mocno zakorzeniony w więziach rodzinnych i normach kulturowych przypisujących rodzinie obowiązek opieki.
Oczywiście państwo i samorządy uczestniczą w tym systemie, ale to wsparcie nadal pozostaje niewystarczające, między innymi z powodów finansowych. I rzeczywiście, twarz opieki w Polsce jest twarzą kobiety. Przypomniał mi się współczynnik opieki długoterminowej, nazywany też współczynnikiem pielęgnacyjnym, który oblicza Ministerstwo Zdrowia. To wskaźnik oparty między innymi na relacji liczby kobiet w określonych kategoriach wiekowych do liczby osób najstarszych, powyżej 80. roku życia. Już sam fakt, że bierze się tu pod uwagę przede wszystkim „zasób kobiecy”, bardzo dużo mówi o kulturowo utrwalonych wzorach opieki.
Ale jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że ten zasób jest wyczerpywalny. Potencjał opiekuńczy rodzin z różnych powodów się kurczy. Między innymi dlatego, że – jak już mówiłyśmy – zmieniają się sieci rodzinne. Potencjalnie mamy coraz mniej rąk do opieki wobec rosnącej liczby osób wymagających wsparcia, a jednocześnie rodzi się mniej przyszłych opiekunek i opiekunów. Do tego dochodzi jeszcze kwestia zmian kulturowych. Badania bardzo wyraźnie pokazują, że młodsze pokolenia kobiet coraz rzadziej myślą o opiece w kategoriach moralnego obowiązku. I nie chodzi o to, że są egoistyczne czy niewdzięczne – nie chciałabym przyklejać tutaj takich moralizujących etykiet. Chodzi raczej o to, że dla tych pokoleń opieka staje się kwestią wyboru, a nie wynikiem normatywnej presji. To oznacza: mogę się tego podjąć, ale nie muszę; mogę chcieć opiekować się bliską osobą na pewnym etapie życia, ale niekoniecznie będę w stanie robić to przez wiele lat. Mogę też po prostu nie mieć takich możliwości – emocjonalnych, zdrowotnych, finansowych czy zawodowych.
Te badania są niezwykle ciekawe, bo pokazują nam, że do samego potencjału opiekuńczego rozumianego liczbowo musimy dołożyć jeszcze zmiany jakościowe, które już się dokonują. One będą bardzo mocno korygowały nasze realne możliwości i zdolności do sprawowania opieki. Jednocześnie podważają one model opieki rodzinnej jako czegoś oczywistego i naturalnego. Nawet jeśli bardzo często krytykujemy domy pomocy społecznej, instytucjonalizację czy totalizację instytucji opiekuńczych, to musimy sobie uczciwie powiedzieć, że może nadejść moment, w którym – wbrew obecnym tendencjom deinstytucjonalizacyjnym – takie miejsca będą musiały odgrywać większą rolę.
Dzisiaj w instytucjonalnych formach opieki przebywa około 1 procenta osób starszych, może trochę więcej. Ale jeśli zabraknie potencjału opiekuńczego po stronie rodzin, to co wtedy? Co się stanie? Oczywiście istnieją bardzo ciekawe alternatywy. Fantastyczną ideą jest ageing in place, czyli starzenie się w miejscu zamieszkania. Bardzo interesującym rozwiązaniem jest cohousing. Sama myślę, że gdybym miała taką możliwość i potrzebę, to pewnie chciałabym z tego skorzystać. Świetnym pomysłem są intelektualnym i praktycznym rozwiązaniem jest też rozwój tzw. konwojów społecznych, czyli budowanie przez całe życie relacji sąsiedzkich i przyjacielskich, które później mogą stać się siecią wzajemnego wsparcia.
To wszystko pozwala dywersyfikować źródła opieki. Możemy wspierać się z przyjaciółką, sąsiadem, znajomymi. Ale mimo wszystko istnieje pewien punkt krytyczny. Taki moment, w którym człowiek wymaga już opieki terminalnej, paliatywnej albo długoterminowej opieki związanej na przykład z zaawansowaną demencją. I to są już sytuacje, w których same zasoby społeczne mogą nie wystarczyć, jeśli chcemy mówić o bezpieczeństwie, jakości i ciągłości opieki.
Analizy sektora opieki długoterminowej w Polsce nie są szczególnie optymistyczne. Nie mamy w silnych mechanizmów systemowych, które realnie wymuszałyby podnoszenie jakości usług opiekuńczych. Model regulacyjny jest bardzo sfragmentaryzowany. Nie mamy także dobrze rozwiniętych mechanizmów nadzoru. Kontrole w takich placówkach są stosunkowo rzadkie. Brakuje również spójnych standardów jakości opieki długoterminowej. A przecież opieka długoterminowa ma dwa podstawowe filary: społeczny i medyczny. I w Polsce te dwa obszary są od siebie oddzielone, co dodatkowo komplikuje cały system.
Taką nadrzędną jednostką, która czuwa nad tymi ośrodkami, przynajmniej w teorii, są gminy. Bo one na swoim terenie dzielą i rządzą. Tylko że widać, że coś tutaj nie działa. Co zrobić, żeby zadziałało? Czego potrzeba? Czego tam brakuje?
Nie do końca jest tak, że za całość systemu odpowiadają gminy. Jeżeli mówimy o opiece długoterminowej w jej bardziej medycznym wymiarze, a przecież wraz z przebiegiem życia ten medyczny komponent staje się coraz istotniejszy, to odpowiedzialność jest rozproszona zupełnie inaczej. Medyczny segment opieki długoterminowej funkcjonuje w innym systemie organizacyjnym niż pomoc społeczna. Jest oparty o Narodowy Fundusz Zdrowia, o różne poziomy referencyjności, procedury medyczne, finansowanie świadczeń i cały aparat ochrony zdrowia. Gminy są natomiast znacznie bardziej odpowiedzialne za tę „nogę społeczną”, czyli społeczny filar opieki.
A przecież opieka długoterminowa — LTC, używając tego międzynarodowego skrótu — powinna opierać się na bardzo silnej koordynacji obu tych filarów: społecznego i medycznego. Tymczasem w Polsce one nadal funkcjonują w dużej mierze osobno. Ta społeczna noga opieki została u nas przede wszystkim wpisana w system usług opiekuńczych i specjalistycznych usług opiekuńczych realizowanych przez pomoc społeczną. Ale to nie wyczerpuje problemu. To zupełnie inny rodzaj potrzeb i zupełnie inny sposób myślenia o opiece.
Dlatego wracam do tego, o czym mówiłyśmy wcześniej: przestańmy mówić wyłącznie o problemach i wyzwaniach, rozumianych jako diagnozowanie braków i potrzeb. W Polsce bardzo często jakość systemu mierzy się poprzez nasycenie infrastrukturą albo przez wskaźnik zatrudnienia specjalistów. Patrzymy na liczbę lekarzy, pielęgniarek, pracowników socjalnych przypadających na określoną liczbę mieszkańców i uznajemy, że to jest podstawowy wskaźnik jakości. Tymczasem powinniśmy zacząć myśleć także w kategoriach możliwości i potencjałów, które tworzymy dla ludzi w konkretnym środowisku życia. Co mam na myśli? To, że nie wystarczy jedynie „dostarczyć” usługę w sensie ilościowym. Ona musi być jeszcze realnie używana i dostępna w praktyce. Trzeba stworzyć warunki, dzięki którym człowiek będzie mógł z tej usługi rzeczywiście skorzystać.
Weźmy przykład środowiskowych usług opiekuńczych. Mamy opiekunki, które mogą docierać do osób starszych w miejscu zamieszkania. Ale może się okazać, że część osób w ogóle nie będzie chciała lub nie będzie w stanie z nich korzystać. I powodów może być bardzo wiele. Czasem chodzi o obawy związane z wizerunkiem społecznym osoby korzystającej z pomocy społecznej. Czasem o lęk przed obcą osobą w domu albo o brak zaufania do jakości tej opieki. A czasem problem polega na tym, że dana osoba znajduje się już w takim stanie zdrowia, że ta konkretna usługa po prostu przestaje być adekwatna.
Wtedy mamy sytuację, w której ktoś pozostaje „uwięziony” w nieodpowiedniej formie wsparcia. Usługa staje się niesatysfakcjonująca i niewystarczająca, a jednocześnie blokuje miejsce dla innej osoby, która mogłaby realnie z niej skorzystać. Dlatego powinniśmy zacząć myśleć o usługach nie tylko w kategoriach wskaźników ilościowych, ale również jakościowych. Nie chodzi wyłącznie o to, ile usług zostało dostarczonych, ale o to, czy odpowiadają one na realne potrzeby i czy osoba korzystająca z systemu pozostaje podmiotem, a nie jedynie biernym odbiorcą świadczeń.
A jak uszyć takie wskaźniki na miarę, żeby stworzyć później taki dobrze działający mechanizm?
Jeśli mówimy o gminach, warto pamiętać, że gminy mają pewną przewagę wynikającą z bliskości mieszkańców i znajomości lokalnych grup społecznych. I właśnie dlatego powinny zaczynać od zadawania ludziom pytań — zarówno o ich potrzeby, jak i o satysfakcję z funkcjonujących usług. Nie tylko użytkownikom systemu, ale również tym, którzy potencjalnie mogliby z niego korzystać.
Mamy dziś różne mechanizmy i narzędzia, które pozwalają projektować usługi bardziej responsywnie. Znamy przecież choćby design thinking czy rozwiązania związane z politykami behawioralnymi. Oczywiście nie chodzi o to, żeby traktować design thinking jako cudowne rozwiązanie wszystkich problemów, bo ono również ma swoje ograniczenia i nie rozwiąże strukturalnych braków systemu, ale ma bardzo ważny element: próbuje włączać użytkownika do procesu projektowania usług i daje mu pewnego rodzaju sprawczość.
I być może właśnie od tego powinniśmy zaczynać — od zadawania sobie pytania, na jakich stereotypach i schematach sami opieramy projektowanie polityk senioralnych. I chyba właśnie to jest najtrudniejsze, bo tak naprawdę bardzo rzadko ktoś pyta samego siebie, jaką wizję starości nosi w głowie. A przecież każdy, kto tworzy lokalne polityki społeczne czy senioralne, działa w oparciu o jakieś własne wyobrażenia, doświadczenia i przekonania. Zakładam tutaj oczywiście sytuację idealną, w której dokumenty programowe są tworzone oddolnie i lokalnie, a nie zamawiane zewnętrznie u osób, które nie znają konkretnego środowiska.
To kolejna trudność.
Zdaję sobie sprawę, że ktoś może powiedzieć: „to jest zbyt trudne”, „to jest czasochłonne”, „to jest niepotrzebne”. Ale bez tego naprawdę nie stworzymy rozwiązań, które będą trafione w czasie i adekwatne do rzeczywistych potrzeb. Nie zaprojektujemy też takiej sieci usług, która będzie działała spójnie. Bo czasem jedna usługa musi być poprzedzona inną usługą. Żeby ktoś mógł skorzystać z konkretnego wsparcia, najpierw musi wiedzieć, że ono istnieje. Musi wiedzieć, czym ono właściwie jest, co może zaoferować, a czego nie. Trzeba więc budować całe sieci usług i informacji, tak aby ta końcowa pomoc — ta najbardziej potrzebna — rzeczywiście trafiała do człowieka i realnie zmniejszała jego trudność, problem czy cierpienie.
Bardzo często mówi się o ogromnych brakach informacyjnych. Ludzie po prostu nie wiedzą, co mają zrobić w określonej sytuacji. Nie wiedzą, gdzie zapukać, do jakiej instytucji się udać, kto za co odpowiada. Sama wiem to z własnego doświadczenia. Byłam przez pewien czas opiekunką osoby znajdującej się w opiece terminalnej i — mimo moich kompetencji, wiedzy i doświadczeń — poczułam dokładnie tę samą bezradność, którą odczuwają inni opiekunowie. W pewnym momencie po prostu nie wiedziałam, gdzie mam szukać pomocy.
I oczywiście odbiłam się od bardzo konkretnych ograniczeń strukturalnych. Okazało się na przykład, że w miejscu, w którym wtedy byłam, po prostu brakowało odpowiednich usług dla osoby w stanie terminalnym. Dochodziło wręcz do sytuacji kuriozalnych: ktoś informował mnie, że może zapisać tę osobę do hospicjum domowego, ale czas oczekiwania wynosi rok. Tylko że w sytuacji terminalnej rok nie istnieje jako realna perspektywa oczekiwania. Doświadczyłam też konieczności samodzielnego wymyślania scenariuszy działania. Musiałam sama szukać rozwiązań, składać system z pojedynczych elementów i próbować przewidzieć, co może zadziałać. A przecież nie mogę powiedzieć, że jestem osobą pozbawioną kapitału kulturowego czy całkowicie pozbawioną zasobów finansowych.
I właśnie to pokazuje, jak bardzo lokalne systemy potrafią być mylące, kiedy oceniamy je wyłącznie przez pryzmat wskaźników. Możemy być bardzo zadowoleni z tego, że mamy odpowiednią liczbę pielęgniarek, lekarzy, pracowników socjalnych czy opiekunek środowiskowych przypadających na X osób w danej populacji, ale to jeszcze nie oznacza, że te usługi są realnie dostępne i skutecznie świadczone.
My często w ogóle nie widzimy, w jaki sposób potencjalnie istniejące usługi pozostają w praktyce nieużywane albo niedostępne. W Polsce właściwie nie bada się tego, dlaczego ludzie nie korzystają z usług, które formalnie istnieją. Nie bada się też wystarczająco, dlaczego nie korzystają ze swoich uprawnień socjalnych. A przecież to jest równie ważna informacja jak sama liczba dostępnych świadczeń.
Czyli wychodzi na to, że władze czy samorządowe, czy też wyższe nie myślą i nie działają strategicznie. System nie działa.
Bardzo często patrzymy na system wyłącznie w krótkoterminowej perspektywie. A gdybyśmy spróbowali spojrzeć szerzej i wyobrazić sobie sytuację, w której system publiczny rzeczywiście dostarcza potrzebne usługi opiekuńcze i robi to skutecznie, to zobaczylibyśmy także długofalowe korzyści społeczne i ekonomiczne.
Bo jeśli opiekunowie nie są permanentnie wyczerpani fizycznie i psychicznie, to później sami rzadziej wymagają wsparcia ze strony systemu ochrony zdrowia. Nie wypadają z rynku pracy, mogą nadal pracować zawodowo, utrzymywać aktywność społeczną i ekonomiczną. To są bardzo konkretne koszty i bardzo konkretne zyski, które można policzyć. To nie są jakieś abstrakcyjne wartości.
Możemy przecież obliczyć koszty absencji zawodowej, wypalenia opiekuńczego, depresji, przeciążeń zdrowotnych czy konieczności późniejszego leczenia samych opiekunów. Możemy też policzyć korzyści wynikające z tego, że ludzie pozostają aktywni zawodowo i społecznie, zamiast całkowicie wycofywać się z życia publicznego z powodu obowiązków opiekuńczych.
Ale z drugiej strony trzeba uczciwie powiedzieć, że jeśli myślimy wyłącznie krótkookresowo, to niedostarczanie części usług albo ich ograniczanie bywa dla systemu po prostu „ochronne”. I mówię to trochę brutalnie, ale tak właśnie jest.
Porozmawiajmy o przyszłości z perspektywy społecznej — relacji międzyludzkich i funkcjonowania społeczeństwa — jakie Twoim zdaniem mogą pojawić się największe napięcia w najbliższym czasie w związku z tymi zmianami?
Myślę, że jedno z takich napięć, a właściwie jedna z polaryzacji, które tutaj widzę, będzie związana — powiem wprost — z kwestią finansową. Chodzi o przygotowanie systemu na rosnące wydatki, bo one po prostu muszą się pojawić. Mówię też trochę z własnej perspektywy, jako osoby, która jest już na przedpolu starości, rozumianej tutaj jako wiek 60+. I mam wrażenie, że pojawia się taka sytuacja, w której — jeśli nie zmienimy narracji — będziemy wzmacniać polaryzację typu: albo młodzi, albo starzy. Albo inwestujemy w mieszkania i wsparcie dla rodzin z dziećmi, albo przeznaczamy środki na bardzo kosztowne procedury medyczne, które są nie tylko drogie, ale też coraz bardziej skomplikowane i technologicznie zaawansowane. W efekcie będziemy generować napięcia właśnie wokół dystrybucji zasobów finansowych. Jednocześnie trzeba bardzo ostrożnie podchodzić do języka, jakiego używamy, bo pamiętajmy, że w dyskusji o starości — i szerzej o zmianach demograficznych, o których wcześniej mówiłyśmy, także w kontekście różnych interesariuszy, w tym przemysłu, który będzie szukał klientów w rosnącej populacji osób starszych — może dojść do sytuacji, w której młodsze pokolenia zaczną się czuć niewidoczne, pomijane, „schowane” w tej narracji.
I tutaj przypomina mi się, że od jakiegoś czasu, także w Unii Europejskiej, jednym z ważnych haseł jest sprawiedliwość międzygeneracyjna. Chodzi o taki sposób prowadzenia polityk publicznych, w którym różne grupy są uwzględniane w sposób zrównoważony — tak, żeby żadna z nich nie miała poczucia, że dzieje się to kosztem drugiej. Żeby nie było takiej narracji: „ci starsi potrzebują więcej, więc młodsi muszą się poświęcić”, albo odwrotnie. Raczej chodzi o podejście inkluzywne, w którym uznajemy, że potrzeby obu grup są równorzędnie ważne.
Wspominam o tym również dlatego, że już około 2017 roku prowadzone były międzynarodowe badania, w których pytano młodych ludzi wchodzących w dorosłość czy czują się zaopiekowani przez państwo, czy mają poczucie, że polityki publiczne odnoszą się także do ich problemów. I w przypadku młodych Polaków pojawiało się poczucie niesprawiedliwości, rozumianej właśnie jako brak uczciwego uwzględnienia ich perspektywy w politykach publicznych.
Dlatego myślę, że kwestia sprawiedliwości międzygeneracyjnej będzie kluczowa przy projektowaniu polityk — nie tylko w sensie finansowym, ale też symbolicznym i językowym. Nie łudźmy się, że będziemy funkcjonować w warunkach nieograniczonych budżetów, więc tym bardziej musimy zwracać uwagę na sposób, w jaki te polityki są konstruowane i komunikowane. I nie chodzi mi tylko o prosty dialog typu „starsze pokolenie” i „młodsze pokolenie”, ani o samo nazewnictwo. Zresztą pojawiają się już badania — może jeszcze wstępne, na małych próbach, ale jednak — w których osoby powyżej 65. roku życia mówią wprost, że nie lubią określenia „senior”, a nawet odbierają je jako stygmatyzujące. Nie identyfikują się też jednoznacznie ani jako „osoby starsze”, ani jako „seniorzy”. To pokazuje, że kategorie wiekowe, które dziś wydają się oczywiste, mogą w przyszłości przestać „pracować” tak, jak zakładamy.
Może więc w ogóle odejście od sztywnego myślenia kategoriami wieku metrykalnego będzie istotne. Może bardziej chodzi o mówienie o godności w ramach sprawiedliwości międzygeneracyjnej, o sytuacji i o potrzebach, a nie o sam wiek. Bo dziś jesteśmy bardzo przywiązani do wieku metrykalnego jako podstawowej osi porządkowania polityk publicznych, a być może należałoby przesunąć to w stronę bardziej elastycznego podejścia — opartego na przebiegu życia.
Czyli na przykład: ktoś w wieku 30 lat może mieć doświadczenia życiowe, które wymagają intensywnego wsparcia i szerokiego pakietu usług; tak samo, jak młoda osoba w kryzysie bezdomności, po opuszczeniu pieczy zastępczej albo w wyniku trudnej sytuacji rodzinnej. A z drugiej strony osoba w wieku 65 lat może być nadal aktywna zawodowo, w pełni samodzielna i nie potrzebować żadnych szczególnych usług opiekuńczych poza standardowym wsparciem systemowym, z którego korzystała dotychczas.
I może właśnie taki kierunek — bardziej oparty na przebiegu życia, a nie na metryce — mógłby pomóc zmniejszać napięcia, o których mówimy. Bo mam wrażenie, że one będą się pogłębiać, jeśli nadal będziemy projektować polityki w sposób sztywny, silnie zorientowany na wiek i binarne podziały generacyjne.
A co może nas zaskoczyć do roku 2040? Co by ciebie zaskoczyło?
Myślę teraz o technologii. Bo w tych wszystkich wątkach, o których rozmawiałyśmy, ona trochę jakby utknęła gdzieś w tle, w takiej „czarnej dziurze” dyskusji — została jedynie zasygnalizowana, a warto ją jednak wywołać na pierwszy plan z kilku powodów.
Z jednej strony, wracam do tego, o czym rozmawiałyśmy jeszcze przed wywiadem, o doświadczeniach w pracy w międzynarodowym zespole. Zaskoczyło mnie tam bardzo wyraźne zróżnicowanie podejścia do technologii. Badacze z krajów szeroko rozumianego Zachodu — Europa, Ameryka Północna — mieli raczej dużą rezerwę wobec technologii. Pojawiały się obawy o zerwanie więzi społecznych, o pogłębianie samotności, o swoistą „sztuczność” relacji. Ta sztuczność była opisywana jako coś, co może prowadzić do nowej stratyfikacji społecznej — zwłaszcza w kontekście zdrowia i dostępu do zasobów.
Czyli z jednej strony technologia może być postrzegana jako zagrożenie, pewien koszmar społeczny, a z drugiej — jako potencjalny zasób. I właśnie ta ambiwalencja była bardzo wyraźna: w tym zachodnim kręgu badaczy technologia była raczej problematyzowana przez pryzmat relacji społecznych, izolacji, samotności, rozpadu klasycznych form życia wspólnotowego.
Natomiast dla badaczy z kręgów nie-zachodnich, kulturowo odmiennych, technologia była często widziana zupełnie inaczej — jako narzędzie podtrzymywania relacji i więzi. Na przykład jako sposób uczestniczenia w praktykach religijnych na odległość, albo jako narzędzie utrzymywania relacji rodzinnych mimo fizycznego dystansu.
W tym kontekście przypomniały mi się też badania prowadzone wśród społeczności azjatyckich dotyczące wynajmowania opiekunek dla starzejących się rodziców. Podkreślano w nich, że takie rozwiązanie nie jest postrzegane jako uchylanie się od obowiązku opieki, tylko wręcz przeciwnie — jako jego realizacja. Wynajęcie opiekunki było traktowane jako forma spełnienia obowiązku synowskiego, jako „trzecie ręce”, które wspierają rodzinę w realizacji moralnego zobowiązania wobec rodziców. Ten obowiązek był realizowany z pełną troską i odpowiedzialnością.
Nie był to więc model, w którym pojawia się poczucie winy czy niespełnienia — jak często bywa w naszych kontekstach kulturowych, gdzie oddanie opieki osobie trzeciej bywa interpretowane jako zaniedbanie albo brak zaangażowania emocjonalnego. Tam raczej funkcjonowało to jako inna forma tej samej troski, jako zapośredniczenie, które pozwala spełnić normę społeczną i moralną.
I podobnie było z technologią — ona również była traktowana jako zapośredniczenie, które służy utrzymywaniu relacji. Nie jako ich zastępstwo, tylko jako narzędzie ich podtrzymywania. I to było dla mnie bardzo ciekawe kulturowe zderzenie. Bo mam wrażenie, że my często, generując lęki i niepokoje — na przykład dotyczące dzieci „wychowywanych przez ekrany”, uzależnień behawioralnych i różnych zagrożeń cyfrowych — jednocześnie nie dostrzegamy potencjału, który może się wytworzyć w innym podejściu kulturowym i społecznym.
I myślę sobie, że może być tak, że rzeczywiście szybciej niż nam się wydaje stworzymy świat, który będzie czymś w rodzaju kolektywu bytów ludzkich i nieludzkich. W takim świecie niektóre technologie będą sprzyjały relacjom, a nie je osłabiały. Oczywiście część z nich będzie zastępować pracę fizyczną — w sprzątaniu, opiece czy innych zadaniach — ale jednocześnie mogą one również w bardziej złożony sposób wspierać relacje międzyludzkie. Być może nie zawsze w sposób idealny czy głęboki, ale wystarczający, żeby umożliwiać uczestnictwo w życiu społecznym osobom, które bez tego byłyby z niego wykluczone. A paradoksalnie może to nawet doprowadzić do wzmocnienia relacji bezpośrednich — face to face — bo technologie staną się pewnego rodzaju „protezą” lub wsparciem, które umożliwia ich utrzymanie i rozwój.
Ja bym sobie życzyła, żeby ta technologia była raczej high touch — czyli żeby była zapośredniczonym dotykiem, a nie tylko high tech, rozumianym jako dalsza technicyzacja i dystansowanie życia społecznego.
I to jest bardzo dobra klamra naszej rozmowy. Bardzo dziękuję za spotkanie.
Małgorzata Maryl-Wójcik
Redaktorka Magazynu „Polityka Senioralna”

