Ukraińscy seniorzy należą do najbardziej niewidocznych ofiar wojny. W Polsce często zmagają się z samotnością, barierą językową i poczuciem wykluczenia, w Ukrainie z codziennym lękiem i dramatycznymi warunkami życia. O sytuacji ukraińskich seniorów rozmawiamy z Weroniką Marczuk, prezeską Towarzystwa Przyjaciół Ukrainy oraz Przedstawicielką Rzecznika Praw Obywatelskich Ukrainy w Polsce.

Weronika Marczuk
Słowiańska dusza, najbardziej rozpoznawalna Ukrainka w Polsce, aktywnie działa i wspiera obydwie swoje ojczyzny. Urodzona w Kijowie, mieszka w Warszawie i od 30 lat przybliża Ukrainę Polakom, a rodakom na Wschodzie – Polskę. Prezeska Towarzystwa Przyjaciół Ukrainy oraz Przedstawicielka Rzecznika Praw Obywatelskich Ukrainy, znana szerszej publiczności w w mediach.
Piotr Czubowicz: Od lat działa Pani między Polską a Ukrainą. Jak po tych wszystkich latach postrzega Pani relacje między naszymi narodami? Lubimy się, nie lubimy? A może dziś lubimy się bardziej niż kiedyś — albo wręcz przeciwnie?
Relacje polsko-ukraińskie są jednocześnie bardzo bliskie i wyjątkowo złożone. To nie jest wyłącznie moja opinia — potwierdzają ją także badania opinii publicznej, prowadzone regularnie m.in. przez CBOS. Szczególnie od 2022 roku uważniej przyglądamy się tym danym i widzimy wyraźnie, że po wybuchu wojny poziom wzajemnej sympatii znacząco wzrósł. Co prawda w ostatnim czasie nieco się obniżył, ale nadal pozostaje wyższy niż przed 2022 rokiem — i to jest budujące.
Mam poczucie, że wielu ludzi w Polsce naprawdę otworzyło swoje serca na Ukrainę i Ukraińców. To ogromny kapitał, który nie znika z dnia na dzień. Jednocześnie na nasze relacje silnie wpływają czynniki zewnętrzne — przede wszystkim polityka i propaganda. I to one w dużej mierze kształtują nastroje społeczne.
Z mojej perspektywy Polacy i Ukraińcy nie mają dziś żadnych racjonalnych powodów, by nie rozwijać współpracy. Wręcz przeciwnie — wszystkie argumenty przemawiają za tym, by ją pogłębiać. Od dwóch lat prowadzę w TVP / SlawaTV własny program „Odbudowa” i przeprowadziłam już blisko sto rozmów z ekspertami, urzędnikami i decydentami. Wszyscy — bez wyjątku — podkreślają, że skala korzyści ze współpracy jest ogromna. Bez siebie może i poradzimy sobie, ale znacznie gorzej, niż moglibyśmy razem.
Ta świadomość nie jest zresztą nowa — pojawia się w myśli politycznej i strategicznej od lat. Dziś jednak ma szczególnie realny wymiar. Ukraina, chcąc być częścią Unii Europejskiej, potrzebuje Polski, a Polska — stabilnej i silnej Ukrainy tuż za swoją wschodnią granicą.
Jeśli chodzi o nasze podobieństwa jako narodów — paradoksalnie często zapominamy, jak bardzo się różnimy. I to także wpływa na wzajemne niezrozumienie.
W swojej książce „O! Ukraїna”, napisanej z myślą o polskich czytelnikach, zebrałam najważniejsze aspekty z trzydziestu lat życia między naszymi krajami. Odpowiadam w niej na najczęściej zadawane pytania — o to, jaka naprawdę jest Ukraina, gdzie przebiegają jej tożsamościowe napięcia i skąd biorą się różnice między naszymi społeczeństwami, czy Ukraina jest biedna czy bogata? Czy jest bliżej Wschodu czy Zachodu — Azji czy Europy? Dlaczego w Ukrainie jest tak, a w Polsce inaczej? Polecam tę książkę wszystkim, którzy chcieliby lepiej poznać ten przepiękny kraj i zrozumieć, dlaczego każdy kto tam pojedzie jest w stanie się zakochać na zawsze.
A wracając do obecnej sytuacji? Gdzie dziś jesteśmy w naszych stosunkach?
Uważam, że znajdujemy się dziś w bardzo wrażliwym momencie. Być może nie najgorszym w historii, ale takim, w którym możemy stracić ogromny kapitał zbudowany w ostatnich latach: zaufanie, solidarność, wspólne plany. To zagrożenie wynika przede wszystkim z działań dezinformacyjnych i propagandowych, zwłaszcza ze strony Rosji. Widzimy już, jak skutecznie potrafią one dzielić społeczeństwa — nie tylko w kontekście Ukrainy, ale także wewnętrznie, w Polsce. To proces bolesny i niebezpieczny.
Dlatego uważam, że mamy do czynienia z pełnoskalową wojną hybrydową — taką, która toczy się nie tylko na froncie, lecz także w umysłach ludzi. Jej skutki mogą być równie poważne jak działania militarne, dlatego nie wolno ich bagatelizować. To naprawdę jest temat równie ważny jak haubice, drony czy systemy obrony przeciwlotniczej — proszę mi wierzyć.
Przejdźmy do obecnej sytuacji obywateli Ukrainy mieszkających w Polsce, szczególnie starszych. Jak zmieniły się ich warunki życia, poczucie bezpieczeństwa i perspektywy? Czy mamy dziś dane dotyczące liczby ukraińskich seniorów i ich sytuacji?
Sytuacja Ukraińców w Polsce jest dziś bardzo złożona i wielowymiarowa. W dużej mierze zależy od zmian legislacyjnych, dostępu do usług publicznych, ale też — co coraz ważniejsze — od poziomu integracji społecznej.
Z doświadczenia naszej działalności jako Przedstawicielstwa Ombudsmana ( RPO) Ukrainy wynika, że skala zgłoszeń i próśb o pomoc jest ogromna. Udzieliliśmy już tysięcy porad i konsultacji. Co ciekawe, istnieje wyraźna rozbieżność w postrzeganiu rzeczywistości: część Polaków uważa, że Ukraińcy są uprzywilejowani, podczas gdy sami Ukraińcy często mają poczucie, że są traktowani gorzej. To pokazuje, jak silną rolę odgrywają emocje i narracje, nie zawsze zgodne z faktami.
Ostatnie zmiany legislacyjne, zwłaszcza dotyczące ograniczania form wsparcia, były dla wielu osób bolesne i trudne do zrozumienia — szczególnie z perspektywy Ukrainy. Tam odebrano je jako sygnał odwracania się Polski. W praktyce jednak system nadal przewiduje ochronę dla najbardziej wrażliwych grup, w tym seniorów.
Jeśli chodzi o liczby — osoby starsze stanowią stosunkowo niewielki odsetek uchodźców, około 8%. Większość z nich opiera się na wsparciu rodziny. Dostęp do świadczeń emerytalnych w Polsce nie jest automatyczny — zależy od opłacanych składek w systemie ZUS, czyli nikt kto w Polsce nie ma stażu pracy – nie może mieć żadnych wypłat. Obecnie tylko ok. 20 tysięcy wszystkich cudzoziemców pobiera emerytury w Polsce, nawet jeśli znaczną część tej grupy stanowią obywatele Ukrainy, to wciąż to są tysiące.
Warto przy tym podkreślić szerszy kontekst ekonomiczny: setki tysięcy Ukraińców pracują w Polsce i realnie współtworzą system emerytalny. Szacuje się, że ich składki stanowią istotną część jego przychodów. Innymi słowy — Ukraińcy nie tylko korzystają ze wsparcia, ale również wspierają system, z którego korzystają polscy emeryci, to według szacunków 5% przychodów całego systemu.
Na poziomie indywidualnym te mechanizmy widać bardzo wyraźnie. W wielu przypadkach świadczenia są uzupełniane — jeśli ktoś otrzymuje emeryturę z Ukrainy, w Polsce wypłacana jest jedynie różnica do minimalnego poziomu i znowuż działa to tylko wtedy gdy ktoś kiedyś pracował tu. To często bywa źródłem nieporozumień i mitów.
A jak wygląda sytuacja seniorów w samej Ukrainie?
Nie ma dziś miejsca w Ukrainie, w którym można by zapomnieć o wojnie. Ataki obejmują całe terytorium kraju, choć ich intensywność jest różna. Owszem, na terenach wiejskich czy w zachodniej części kraju bywa spokojniej, ale nie oznacza to pełnego bezpieczeństwa.
Dla osób starszych ta rzeczywistość jest szczególnie trudna. W miastach codziennością są alarmy bombowe, konieczność ewakuacji, brak realnego dostępu do schronów. Dla młodych to ogromne wyzwanie — dla seniorów często bariera nie do pokonania. Tak naprawdę osoby starsze mieszkające na wysokich piętrach nie są w stanie się ewakuować i żyją w permanentnym poczuciu zagrożenia, permanentne problemy z prądem sprawiają, że windy nie działają, w domach jak wiemy w zimę ludzie zamarzali na śmierć…
Do tego dochodzą trudności ekonomiczne. Emerytury są bardzo niskie, a system wsparcia opiera się głównie na rodzinach, które same funkcjonują w ekstremalnych warunkach — często rozdzielone, obciążone wojną i jej konsekwencjami.
Wielu seniorów nie decyduje się na wyjazd z kraju, a część tych, którzy wyjechali, wraca — mimo zagrożenia. Powody są różne: poczucie wyobcowania, trudności językowe, brak możliwości odnalezienia się na rynku pracy, ale też zwykła tęsknota i potrzeba godności. W Polsce część z nich czuje się niepotrzebna lub niezrozumiana.
To jedna z najbardziej wrażliwych grup — i jedna z tych, które najmocniej odczuwają skutki zarówno wojny, jak i napięć społecznych. I też najbardziej strudzona przez życie i losy, to bardzo przykre.
Jednocześnie warto zauważyć pewien szerszy mechanizm społeczny. Na początku wojny pomoc była spontaniczna i powszechna — wynikała z bezpośredniego kontaktu z ludzkim cierpieniem. Z czasem jednak pojawia się zmęczenie, a także nowe emocje: frustracja, a nawet poczucie konkurencji.
To naturalny proces, opisywany przez psychologów: od mobilizacji i empatii, przez adaptację, aż po znużenie. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy postrzegać tych, którym pomagaliśmy, nie jako osoby w potrzebie, lecz jako rywali. I to właśnie w tym momencie relacje społeczne stają się najbardziej kruche.
Jednym z argumentów, które się pojawiają w dyskusji publicznej, jest kwestia nadużyć — że pomoc, która trafia na Ukrainę bywa rozkradana albo nie dociera tam, gdzie powinna. Jak sobie z tym radzić? Ile w tym wszystkim prawdy?
Oczywiście, że takie sytuacje są niedopuszczalne i powinny być piętnowane, w samej Ukrainie jest teraz często głośno i można zaobserwować wysyp aktywistów oraz dziennikarskich śledztw. Ludzie się na to nie zgadzają, zwłaszcza gdy tyle jest ofiar! Warto jednak uświadomić sobie ważny aspekt: odpowiedzialność nie leży wyłącznie po jednej stronie. Jeśli instytucje czy organizacje przekazują środki, to również powinny zadbać o odpowiednie mechanizmy kontroli i rozliczeń. To standard, który obowiązuje wszędzie — także w Polsce. Każdy, kto korzystał z funduszy unijnych, wie, jak szczegółowe są procedury i jak dokładnie trzeba dokumentować każdy wydatek.
Podobne mechanizmy powinny działać wszędzie tam, gdzie przekazywana jest pomoc publiczna, międzynarodowa, a nawet tak jak u nas fundacyjna. I w wielu przypadkach te mechanizmy rzeczywiście działają. Z mojego doświadczenia — a wspieram Ukrainę od ponad dwóch dekad — wynika jasno: jeśli ktoś chce działać uczciwie, to ma do dyspozycji narzędzia, które to umożliwiają. Są raporty, rozliczenia, bezpośrednie potwierdzenia, kontakt z beneficjentami.
Nie można jednak zapominać, że mamy do czynienia z rzeczywistością wojenną. W takich warunkach ścierają się różne interesy, pojawia się chaos, a systemy nie zawsze funkcjonują idealnie. To niestety sprzyja nadużyciom — ale nie oznacza, że są one regułą.
Trzeba też jasno powiedzieć: przestępcy są wszędzie. I w Ukrainie, i w Polsce, i w każdym innym kraju. To nie jest problem charakterystyczny dla jednego narodu. Różnica polega na tym, jak państwo i instytucje na takie przypadki reagują.
Dlatego nie możemy pozwolić, by pojedyncze nadużycia stały się argumentem za wycofaniem wsparcia czy odwróceniem się od Ukrainy. To byłoby działanie nie tylko niesprawiedliwe, ale też krótkowzroczne, z korzyścią dla wroga, czyli Rosji. Stawką jest bezpieczeństwo całego regionu.
Zamiast tego powinniśmy robić dwie rzeczy równocześnie: wspierać i kontrolować. Wymagać przejrzystości, ale nie rezygnować z pomocy. Bo alternatywa — czyli brak wsparcia — miałaby znacznie poważniejsze konsekwencje niż ryzyko nadużyć. Najprościej mówiąc: każdy powinien pilnować swoich pieniędzy. A jednocześnie nie tracić z oczu szerszej perspektywy.
Na ewentualne rozliczenia takich nadużyć będzie zapewne czas po zakończeniu wojny…
Oczywiście, nic nie uchodzi uwadze suwerena, a ludzie są tak naprawdę najważniejsi w każdym państwie. Myślę, że na takie rozliczenia przyjdzie czas, gdy wojna zostanie zakończona i rozpocznie się odbudowa Ukrainy.
Powróćmy do spraw społecznych. Jeszcze przed wojną Ukraina była krajem szybko starzejącym się. Jak wojna wpłynęła na strukturę demograficzną Ukrainy?
Ryzyko, że Ukraina będzie krajem bez młodych jest jak najbardziej realne. Zwracają na nie uwagę praktycznie wszyscy eksperci zajmujący się demografią i polityką społeczną. Dane, którymi dziś dysponujemy, mają oczywiście charakter szacunkowy, ale skala zjawiska jest bezprecedensowa. Około 10 milionów obywateli Ukrainy opuściło kraj od początku pełnoskalowej wojny. W dużej mierze są to kobiety i dzieci, ale jednocześnie osoby w wieku produkcyjnym — czyli fundament przyszłej odbudowy państwa.
Jednocześnie obserwujemy gwałtowny spadek liczby urodzeń. To naturalna konsekwencja wojny — młodzi ludzie odkładają decyzje o zakładaniu rodzin, żyjąc w poczuciu niepewności i zagrożenia. Do tego dochodzi dramatyczny czynnik, o którym nie można nie mówić: ogromne straty wśród młodych mężczyzn. W efekcie Ukraina doświadcza jednocześnie kilku nakładających się procesów: emigracji, spadku dzietności i strat ludzkich. To prowadzi do szybkiego starzenia się społeczeństwa i kurczenia się grupy młodych ludzi. Skutki tego będą długofalowe i bardzo poważne — zarówno społecznie, jak i gospodarczo.
Trzeba też pamiętać, że Ukraina nie przeprowadziła pełnego spisu ludności od 2001 roku, więc wszystkie współczesne analizy opierają się na modelach i estymacjach. Jednak niezależnie od metodologii — wszystkie pokazują ten sam kierunek: spadek liczby ludności i pogłębiające się problemy demograficzne. Prognozy są alarmujące. W niektórych scenariuszach liczba ludności Ukrainy może spaść nawet do około 25 milionów do połowy XXI wieku. To ogromna zmiana, jeśli zestawimy ją z wcześniejszymi dekadami, gdy populacja była znacznie wyższa. W latach dziewięćdziesiątych było to przecież ponad 50 milionów. Ja się wychowałam w takiej rzeczywistości.
Jednocześnie pojawia się jeden istotny kierunek działań, nad którym intensywnie pracują dziś ukraińskie instytucje — zarówno państwowe, jak i społeczne. To strategia powrotów. Tworzenie warunków, które zachęcą obywateli do powrotu do kraju po zakończeniu wojny lub ustabilizowaniu sytuacji. I warto tu podkreślić: migracja nigdy nie jest łatwa. Nawet jeśli w niektórych krajach wsparcie socjalne jest wyższe niż w Polsce, życie na emigracji wiąże się z wieloma trudnościami — od barier językowych po poczucie wykorzenienia. Dlatego istnieje realna szansa, że duża część osób zdecyduje się wrócić, jeśli tylko Ukraina będzie w stanie zapewnić im bezpieczeństwo i perspektywy.
Historycznie naród ukraiński był liczny — także dzięki diasporze rozsianej po całym świecie. Dziś jednak kluczowe pytanie brzmi nie o potencjał globalny, lecz o przyszłość państwa jako takiego. A ta w dużej mierze zależy właśnie od tego, czy uda się zatrzymać i odbudować młode pokolenie. Na szczęście dla Ukrainy – jej dzieci ją kochają ponadprzeciętnie. To widać dziś gołem okiem, jak walczą o swoją ziemię i jak są zdeterminowani, podziwia to cały świat.
Porozmawiajmy szerzej o rynku pracy i roli uchodźców z Ukrainy w Polsce. Wydaje się, że w niektórych sektorach, takich jak opieka nad seniorami ich obecność jest kluczowa?
Nie zajmuję się szczegółową analizą poszczególnych branż, mogę natomiast powiedzieć o szerszym obrazie, który wiele wyjaśnia. Szacuje się, że około 78–80% uchodźców z Ukrainy w Polsce to kobiety i dzieci. Mężczyźni stanowią mniejszość — część z nich to osoby starsze, które mogą legalnie wyjeżdżać i podejmować pracę, inni mają szczególne uprawnienia wynikające ze stanu zdrowia czy sytuacji rodzinnej. Ale zasadniczo to kobiety stanowią trzon tej społeczności — zwłaszcza w wieku produkcyjnym, najczęściej między 25. a 44. rokiem życia, często z dziećmi. I to właśnie one w dużej mierze zasilają sektory takie jak opieka, usługi czy prace pomocowe. Można więc z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że bez ich udziału wiele obszarów — w tym opieka senioralna — miałoby dziś poważne trudności kadrowe.
Jednocześnie obserwujemy rosnącą obecność osób starszych wśród uchodźców, choć nadal stanowią oni mniejszość. Często przyjeżdżają jako osoby towarzyszące rodzinom. Niestety, z mojego doświadczenia wynika też coś bardzo smutnego — wiele starszych osób po pewnym czasie decyduje się wrócić do Ukrainy, nawet w rejony zagrożone. Powodem jest trudność w odnalezieniu się za granicą: bariera językowa, poczucie wyobcowania, brak roli społecznej.
Dlatego właśnie tak ważne są działania integracyjne — i na szczęście zaczynają się one w Polsce rozwijać. Od ubiegłego roku wreszcie odblokowano pierwsze większe środki unijne przeznaczone na integrację uchodźców. Jako Towarzystwo Przyjaciół Ukrainy zrealizowaliśmy cztery duże projekty — w województwach mazowieckim i warmińsko-mazurskim — obejmujące łącznie ponad 500 osób. To były kompleksowe programy: kursy językowe zakończone certyfikatami, szkolenia zawodowe, wsparcie psychologiczne, doradztwo prawne, zajęcia indywidualne i grupowe. Ale najważniejszym elementem była integracja — budowanie relacji i poczucia przynależności. To szczególnie istotne w przypadku seniorów, bo to grupa bardzo wrażliwa, ale jednocześnie niezwykle wartościowa. To osoby z ogromnym doświadczeniem życiowym, które — wbrew stereotypom — często chcą być aktywne. Problem polega na tym, że bez wsparcia systemowego trudno im tę aktywność podjąć. Wielu z nich nie jest przyzwyczajonych do biernego życia. Chcieliby coś robić, być potrzebni, funkcjonować w społeczeństwie. I właśnie tu widzę ogromny potencjał — ale też obszar, który wciąż wymaga pracy.
Z naszego doświadczenia wynika, że dobrze zaprojektowane programy potrafią realnie zmieniać życie ludzi. Uczestnicy „podnoszą się z kolan” — odzyskują poczucie sensu, sprawczości, zaczynają funkcjonować samodzielnie. W wielu krajach Europy Zachodniej takie programy są standardem — bez nich trudno w ogóle wejść na rynek pracy. W Polsce długo panowało przekonanie, że integracja „zadzieje się sama”. Że ktoś przyjedzie i po prostu sobie poradzi. Dziś już wiemy, że to nie działa. Integracja wymaga systemowego wsparcia, czasu i zrozumienia. I im szybciej to zaakceptujemy, tym lepiej — zarówno dla osób, które tu przyjechały, jak i dla całego społeczeństwa.
Na zakończenie: mając całą tę wiedzę, co według Pani powinniśmy zmienić w polskiej polityce migracyjnej?
Moim zdaniem kluczowe jest to, żeby osoby tworzące politykę po prostu rozmawiały z tymi, którzy sami przeszli przez doświadczenie emigracji. Każdy, kto wyjechał do Niemiec, Anglii czy Stanów Zjednoczonych, najlepiej powie, jak trudne jest odnalezienie się w nowym kraju. I nie chodzi tylko o podobieństwo językowe — czasem wręcz utrudnia ono adaptację, bo wydaje się „znane”, a w praktyce jest zupełnie obce.
Ja sama jestem tego przykładem. Jako młoda dziewczyna, mająca najlepsze wyniki w swoim okręgu kijowskim, po przyjeździe do Polski przez pierwsze miesiące płakałam. Polski jest językiem trudnym — eksperci uznają go za jeden z najtrudniejszych do nauki dla cudzoziemców. Nawet jeśli opanujesz gramatykę, zrozumienie mowy potocznej Polaków wymaga lat praktyki.
Dlatego nie można lekceważyć codziennych problemów ludzi, zwłaszcza seniorów, o których rozmawiamy. To osoby, które całe życie ciężko pracowały, a teraz często czują się zagubione i niepotrzebne. Wystarczy, że polityka migracyjna będzie uwzględniała ich realne potrzeby — wsparcie językowe, integracyjne, dostęp do usług i rynku pracy — a efekty będą ogromne.
Od 5 marca 2026 r. wygasły uprawnienia w dostępie do publicznej ochrony zdrowia w Polsce dla obywateli Ukrainy, którzy byli do tej pory objęci tzw. specustawą. Darmowe leczenie przysługuje jedynie wybranym grupom np. dzieciom, kobietom w ciąży, ofiarom tortur. Aby korzystać z leczenia, emeryci muszą być ubezpieczeni (np. muszą pracować, prowadzić działalność, mieć status bezrobotnego). Po wejściu w życie zmian ustawowych w szczególnie trudnej sytuacji znalazły się osoby starsze oraz osoby z niepełnosprawnościami, które nie są w stanie podjąć pracy oraz nie stać ich na opłacenie dobrowolnej składki na ubezpieczenie zdrowotne. Do Przedstawicielstwa Rzecznika Praw Obywatelskich Ukrainy w Polsce wpływają zgłoszenia od obywateli Ukrainy, którzy – mimo wieloletniego leczenia w Polsce lub szczególnie trudnej sytuacji życiowej – zostali pozbawieni dostępu do świadczeń zdrowotnych, badań diagnostycznych lub rehabilitacji. W wielu sytuacjach przerwanie leczenia np. pacjentów onkologicznych może stanowić realne zagrożenie zdrowia lub życia. Po dokonaniu analizy zgłoszonych skarg zwróciłam się do Rzecznika Praw Obywatelskich Dmytra Lubintsa o systemową pomoc a także zbadanie możliwości przekierowania ukraińskich emerytur na polskie konto we współpracy ukraińskiego funduszu emerytalnego i polskiego ZUS. Stworzenie zasad współpracy ukraińskich i polskich instytucji to pierwszy krok w usprawnieniu wypłaty świadczeń dla obywateli Ukrainy.
Moim zdaniem kluczowe jest, żebyśmy w Polsce wsłuchali się w głosy osób którzy doświadczyli trudu emigracji i wprowadzili politykę, która naprawdę wspiera ludzi, a nie tylko formalnie zarządza nimi. Bo ci, którzy przyjechali i jeśli ich tu zaproszono, zasługują na szansę, by się odnaleźć, pracować i czuć, że są częścią społeczeństwa, które ich przyjęło.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czubowicz
Redaktor Magazynu „Polityka Senioralna”




