Mniej pracujących, więcej emerytów – ta pogłębiająca się dysproporcja uderza w fundamenty polskiego systemu emerytalnego. Jak go naprawić? O demografii, błędach reform i sposobach na uniknięcie katastrofy rozmawiamy z dr. Marcinem Wojewódką, prezesem Instytutu Emerytalnego.
Piotr Czubowicz: Jak w prosty sposób wyjaśnić, jak działa system emerytalny w Polsce? Skąd pochodzą środki na wypłatę emerytur? Czy można uznać ten system za wydolny, funkcjonalny i sprawiedliwy?
Musimy spojrzeć na to z dwóch poziomów. Pierwszy to perspektywa indywidualna – każdego ubezpieczonego, czyli każdego z nas. Drugi poziom to perspektywa makroekonomiczna, czyli funkcjonowanie systemu w skali całego państwa.
Na poziomie indywidualnym wygląda to stosunkowo prosto. Dziś jesteśmy ubezpieczonymi – pracujemy i od naszych wynagrodzeń odprowadzane są składki na ubezpieczenia społeczne, w tym składka emerytalna. Nieważne, czy ktoś ma 30, 40 czy 50 lat – do momentu osiągnięcia wieku emerytalnego płaci składki. W przypadku mężczyzn w Polsce jest to 65 lat, w przypadku kobiet 60.
Od każdej zarobionej kwoty – czy z umowy o pracę, zlecenia czy innej formy zatrudnienia – część trafia na składkę emerytalną. Gdy osiągniemy wiek emerytalny, Zakład Ubezpieczeń Społecznych wylicza tak zwany kapitał emerytalny, czyli sumę zgromadzonych składek wraz z ich waloryzacją. Następnie sprawdzane są tablice średniego dalszego trwania życia. ZUS przyjmuje statystyczną długość życia osoby przechodzącej na emeryturę i dzieli zgromadzony kapitał przez liczbę miesięcy, które według statystyki dana osoba będzie jeszcze żyła. Jeśli na przykład okaże się, że statystycznie ktoś będzie żył jeszcze 222 miesiące, to zgromadzony kapitał dzieli się przez tę liczbę i w ten sposób powstaje wysokość miesięcznej emerytury.
Później świadczenie jest oczywiście waloryzowane, ale zasadniczo system działa właśnie tak: przez lata odkładamy składki, a gdy osiągniemy wiek emerytalny, zaczynamy pobierać świadczenie wyliczone na podstawie tego, ile zgromadziliśmy. Na poziomie indywidualnym można więc powiedzieć, że każdy coś dostanie – bo każdy coś wpłaca.
Natomiast zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy makro. Polski system emerytalny działa w modelu repartycyjnym. Oznacza to, że składki, które dziś płacą pracujący – pan, ja i miliony innych osób – nie są odkładane w jakimś sejfie czy inwestowane na przyszłość. One praktycznie od razu trafiają do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i są wypłacane obecnym emerytom.
Mówiąc obrazowo: pieniądze wpłacone dziś wieczorem do systemu jutro rano mogą być już wypłacone jako emerytura naszym rodzicom czy dziadkom. ZUS nie odkłada tych pieniędzy i nie inwestuje ich w sposób klasyczny – one finansują bieżące świadczenia.
Problem polega na tym, że system nie jest zbilansowany. Składki wpłacane przez pracujących nie wystarczają na pokrycie wszystkich wypłat emerytur. Dlatego Fundusz Ubezpieczeń Społecznych musi być co roku zasilany pieniędzmi z budżetu państwa. Statystyki pokazują, że mniej więcej około 80 procent wydatków funduszu pokrywają składki, a pozostałe około 20 procent to dotacje z budżetu państwa lub inne źródła finansowania. W praktyce część emerytur finansowana jest z podatków wszystkich obywateli. Powód jest prosty – demografia. Mamy coraz mniej osób pracujących i płacących składki, a coraz więcej osób pobierających świadczenia.
System emerytalny powstał w zupełnie innych warunkach demograficznych. Czy w zmieniającej się strukturze demograficznej społeczeństwa będzie w stanie wydolnie funkcjonować w perspektywie najbliższych 20 lat?
Reforma emerytalna w Polsce została przeprowadzona pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Już wtedy było wiadomo, że demografia będzie się zmieniać. Jednym z elementów reformy miały być także środki z prywatyzacji, które miały wspierać finansowanie systemu. Problem polega na tym, że prywatyzacja w kolejnych latach praktycznie się zatrzymała, więc państwo nie zrealizowało w pełni założeń tej reformy.
Historia pokazuje jednak, że system repartycyjny może działać dobrze – jeśli demografia jest korzystna. W latach osiemdziesiątych w Polsce było więcej osób pracujących niż emerytów. Na rynek pracy wchodziło wówczas pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Składek było więcej niż wypłat świadczeń i system był w dobrej kondycji. Dziś sytuacja jest odwrotna. Społeczeństwo się starzeje, a ludzie żyją coraz dłużej. To oznacza, że coraz więcej osób pobiera emerytury przez dłuższy czas, a jednocześnie liczba osób pracujących spada.
Jednym z największych błędów systemowych było obniżenie wieku emerytalnego w 2017 roku. Z ekonomicznego punktu widzenia oznaczało to, że kilka roczników jednocześnie przestało płacić składki i zaczęło pobierać świadczenia – to ogromne obciążenie dla systemu. Statystyki pokazują też, że ponad 90 procent osób przechodzi na emeryturę w pierwszym roku po uzyskaniu prawa do świadczenia. To oznacza natychmiastowy odpływ składek i wzrost liczby świadczeniobiorców. Nie ma dziś prostszej drogi do wyższych emerytur w przyszłości, niż wydłużenie okresu pracy. Jeśli ktoś pracuje dłużej, to z jednej strony dłużej płaci składki, a z drugiej – krócej pobiera świadczenie.
Skoro podniesienie wieku emerytalnego jest z politycznego punktu widzenia na tę chwilę niemożliwe – bo politycy wszystkich partii znają badania opinii publicznej i wiedzą, że ta kwestia nie spotyka się z entuzjazmem społecznym, to czy istnieją inne mechanizmy, które mogłyby zachęcić ludzi do dłuższej pracy?
Oczywiście można mówić o różnych zachętach – podatkowych, finansowych czy organizacyjnych – ale prawda jest taka, że te rozwiązania istnieją już dziś i ich skuteczność jest bardzo ograniczona. Od lat pojawiają się różne pomysły, aby zachęcać ludzi do późniejszego przechodzenia na emeryturę. Mówi się o ulgach podatkowych, dodatkach do świadczeń, premiach za każdy dodatkowy rok pracy czy o różnych programach zapisanych choćby w dokumentach strategicznych państwa. Problem polega na tym, że te instrumenty w praktyce nie działają. Polacy, gdy tylko osiągną ustawowy wiek emerytalny, w ogromnej większości przypadków korzystają z prawa do przejścia na emeryturę.
Statystyki pokazują, że ponad 90 procent osób przechodzi na emeryturę w przeciągu pierwszego roku od uzyskania uprawnień. To oznacza, że zdecydowana większość społeczeństwa nie jest skłonna przedłużać aktywności zawodowej tylko dlatego, że państwo zaoferuje jakieś bonusy, zachęty czy ulgi. Polacy w zakresie świadczeń emerytalnych, inaczej niż większość świata wyznają zasadę, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu,. Dlatego właśnie na całym świecie stosuje się przede wszystkim jedno podstawowe narzędzie – odpowiednio ustawiony wiek emerytalny. To jest w praktyce jedyny skuteczny mechanizm, który realnie wpływa na długość aktywności zawodowej, a w konsekwencji także na wyskość świadczeń emerytalynych.
Tymczasem Polska należy dziś do krajów z jednym z najniższych poziomów wieku emerytalnego w Europie, nie tylko w Unii Europejskiej. Co więcej, unikatem na skalę europejską jest jego zróżnicowanie ze względu na płeć – kobiety przechodzą na emeryturę wcześniej niż mężczyźni, mimo że statystycznie żyją dłużej. W wielu krajach europejskich wiek emerytalny wynosi już dziś 66 czy 67 lat, a w niektórych państwach zaplanowano jego dalsze podnoszenie. W Polsce tymczasem wciąż obowiązuje poziom 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Możemy w tym zakresie równać się z Białorusią czy Rosją. Czy to naprawdę jest kierunek w który chcemy podążać ?
Trzeba powiedzieć jasno: nie ma cudownych rozwiązań, które pozwolą utrzymać niski wiek emerytalny, niskie składki i jednocześnie wysokie emerytury. Jeżeli nie chcemy podnosić wieku emerytalnego ani zwiększać składek, musimy się pogodzić z tym, że emerytury w przyszłości będą po prostu niskie.
Rozumiem, że w takim razie powinniśmy samodzielnie odkładać pieniądze na emeryturę?
Tak – i właściwie jest to jedyna racjonalna odpowiedź, jeśli ktoś myśli o swojej przyszłości finansowej w długim horyzoncie. Do tej pory rozmawialiśmy głównie o systemie powszechnym, czyli tym opartym na składkach odprowadzanych do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Coraz więcej analiz pokazuje jednak jasno, że świadczenia z tego systemu nie będą w przyszłości szczególnie wysokie. Dlatego naturalnym uzupełnieniem powinno być dodatkowe, prywatne oszczędzanie.
W Polsce funkcjonuje dziś kilka produktów, które służą właśnie temu celowi. Mamy dwa rozwiązania o charakterze grupowym – pracownicze plany kapitałowe, czyli PPK, oraz pracownicze programy emerytalne, czyli PPE. Są to programy organizowane przez pracodawców dla pracowników, w których składki mogą wpłacać zarówno pracownik, jak i pracodawca.
Oprócz tego istnieją trzy rozwiązania indywidualne. To indywidualne konto emerytalne – IKE, indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego – IKZE oraz stosunkowo nowy produkt europejski, czyli ogólnoeuropejski indywidualny produkt emerytalny, w skrócie OIPE.
Wszystkie te instrumenty mają pewne zachęty podatkowe lub finansowe, które mają skłaniać ludzi do oszczędzania. Jednak jest jeden podstawowy warunek: trzeba faktycznie odkładać pieniądze, a to oznacza rezygnację z części bieżącej konsumpcji. I tu pojawia się największy problem. Wielu Polaków uważa, że zarabia zbyt mało, aby odkładać pieniądze na przyszłość. Z drugiej strony w naszej kulturze ekonomicznej nie ma tak silnej tradycji długoterminowego oszczędzania jak na przykład w niektórych krajach Europy Zachodniej. Gdy ktoś otrzyma dodatkowe pieniądze – premię czy niespodziewany dochód – częściej przeznacza je na bieżące wydatki, spłatę kredytu czy konsumpcję niż na oszczędności emerytalne.
Warto jednak pamiętać o jednej ważnej rzeczy: środki zgromadzone w tych programach są prywatne i podlegają dziedziczeniu. Jeżeli ktoś umrze przed wykorzystaniem zgromadzonych pieniędzy, trafiają one do wskazanych spadkobierców. To odróżnia je od systemu powszechnego, w którym składki mają charakter solidarnościowy i nie są w pełni dziedziczone. Dlatego dodatkowe oszczędzanie na emeryturę powinno być traktowane jako ważne uzupełnienie systemu państwowego, a nie jego alternatywa.
Czy są kraje, których system emerytalny mógłby być dla Polski wzorem?
Systemy emerytalne na świecie są bardzo różne i w dużej mierze wynikają ze specyfiki danego kraju – jego historii, struktury demograficznej, rynku pracy czy kultury gospodarczej. Dlatego nie ma jednego idealnego modelu, który można byłoby po prostu skopiować i przenieść do Polski. To trochę tak, jak z różnymi rozwiązaniami instytucjonalnymi w innych obszarach życia gospodarczego. Można podpatrywać pewne mechanizmy i czerpać inspiracje, ale przeniesienie całego systemu jeden do jednego zwykle nie jest możliwe. Można jednak wskazać rozwiązania, które są interesujące i które warto analizować. Jednym z nich jest automatyczne powiązanie wieku emerytalnego z długością życia w danym kraju.
Takie mechanizmy funkcjonują między innymi w krajach skandynawskich – w Szwecji, Danii czy Finlandii – ale podobne rozwiązania zaczynają wprowadzać także inne państwa europejskie np. Słowacja. Idea jest prosta: jeżeli średnia długość życia rośnie, to automatycznie rośnie także wiek emerytalny. Dzięki temu system dostosowuje się do zmian demograficznych bez konieczności podejmowania każdorazowo trudnych decyzji politycznych.
W Polsce nawet dyskusja o jednorazowym podniesieniu wieku emerytalnego budzi ogromne emocje. Dlatego trudno sobie wyobrazić, aby w najbliższym czasie pojawiła się zgoda na tak zaawansowane rozwiązania systemowe. Nie zmienia to jednak faktu, że warto obserwować doświadczenia innych krajów i analizować, które elementy ich systemów mogłyby w przyszłości zostać zaadaptowane także w Polsce.
Jeśli system emerytalny nie zostanie zreformowany, grozi nam w najbliższych latach wzrost ubóstwa wśród seniorów?
Tak, to jest bardzo realny scenariusz. Prognozy zarówno Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, jak i instytucji międzynarodowych wskazują jasno, że stopa zastąpienia, czyli relacja emerytury do ostatniego wynagrodzenia, będzie w Polsce spadać. Mówiąc prościej: przyszłe emerytury będą stanowiły coraz mniejszą część ostatniej pensji. Szacunki pokazują, że może to być zaledwie około 20–30 procent wcześniejszych zarobków. To oznacza, że wielu przyszłych emerytów będzie musiało znacząco obniżyć poziom życia po zakończeniu aktywności zawodowej.
Drugim zjawiskiem, które już dziś widać w danych, jest spłaszczanie wysokości świadczeń otrzymywanych z polskiego powszechnego systemu emerytalnego. Coraz więcej osób otrzymuje świadczenia w okolicach minimalnej emerytury, a czasami nawet poniżej niej. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, ludzie żyją coraz dłużej, więc zgromadzony kapitał musi wystarczyć na więcej lat życia. Po drugie, do systemu wchodzą osoby, które w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych pracowały na umowach, od których nie odprowadzano pełnych składek. I wreszcie, w tym przypadku najniższych świadczeń widać działanie zasady ile odłożyłeś tyle emerytury będziesz miał.
Jeżeli nic się w systemie nie zmieni – a mam tu na myśli przede wszystkim poziom powszechnego ustawowego wieku emerytalnego albo wysokość składek emerytalnych – to emerytury nie będą rosły. Wręcz przeciwnie: będą relatywnie coraz niższe.
Oczywiście w takiej sytuacji pojawia się pole do działań politycznych. Będzie rosła presja na wprowadzanie kolejnych dodatków czy transferów – kurczowego utrzymania tzw.trzynastki oraz tzw, czternastki, a potem wprowadzenia może piętnastej czy innej nastej emerytury, podwyższania świadczeń minimalnych i tak dalej. Trzeba jednak jasno powiedzieć: te wszystkie działania nie stanowią systemowego rozwiązania wyzwania tylko go maskują przerzucając problem na barki kolejnych pokoleń. . Seniorzy w Polsce są bardzo atrakcyjna, bo bardzo dużą i coraz liczniejszą grupą wyborców. A to oznacza, że politycy będą mieli naturalną pokusę, aby kierować do nich różnego rodzaju populistyczne obietnice i świadczenia, bo to po prostu jest duży elektorat.
W debacie o wydłużaniu wieku emerytalnego pojawia się jeszcze jeden wątek – rozwój technologii, robotyzacji i sztucznej inteligencji. Część osób obawia się, że miejsc pracy będzie mniej. Czy w takiej sytuacji w ogóle będziemy w stanie zapewnić zatrudnienie zarówno młodym, jak i starszym pracownikom?
To jest pytanie o przyszłość rynku pracy, a ta zawsze jest trudna do przewidzenia. Natomiast jeśli spojrzymy na dane demograficzne, to w Polsce w najbliższych latach będziemy mieli raczej niedobór pracowników niż nadwyżkę. Jeżeli spojrzymy na tzw. piramidę wieku, czyli strukturę ludności według wieku i płci, zobaczymy wyraźnie, że na rynek pracy wchodzą dziś roczniki znacznie mniej liczne niż te, które z niego wychodzą. Oznacza to, że liczba osób w wieku produkcyjnym będzie maleć.
W praktyce oznacza to jedno: polska gospodarka będzie potrzebowała więcej pracowników, niż jest w stanie sama wytworzyć demograficznie. Dlatego już dziś w wielu analizach pojawia się wniosek, że bez migracji zewnętrznej – czy to z Ukrainy, czy z krajów azjatyckich, czy z innych regionów świata – polski rynek pracy może mieć poważne problemy kadrowe. To nie jest tylko teoria. Już dziś wiele sektorów gospodarki funkcjonuje dzięki pracownikom z zagranicy.
Oczywiście rozwój technologii, automatyzacja czy sztuczna inteligencja będą zmieniały rynek pracy i w niektórych zawodach będą ograniczały zatrudnienie. Ale jednocześnie pojawiają się nowe zawody i nowe potrzeby gospodarki. Tak było w historii wielokrotnie. Dlatego nie obawiałbym się sytuacji, w której zabraknie pracy dla ludzi tylko dlatego, że wydłużymy aktywność zawodową. Raczej problemem będzie niedobór pracowników.
Gdyby miał Pan wskazać najważniejsze reformy, które należałoby przeprowadzić w polskim systemie emerytalnym, jakie byłyby to działania?
Pierwszą i absolutnie kluczową kwestią jest podniesienie powszechnego wieku emerytalnego. Oczywiście można dyskutować o tym, do jakiego poziomu powinien on zostać podniesiony i w jakim tempie. To zawsze jest kwestia kompromisu społecznego i politycznego. Niektórzy ekonomiści mówią wprost, że docelowo wiek emerytalny powinien zaczynać się od „siódemki z przodu”. To oczywiście bardzo ambitna propozycja i w obecnych realiach politycznych raczej nierealna. Natomiast poziom 67 lat – który jeszcze kilka lat temu był planowany w Polsce – jest rozwiązaniem racjonalnym i zbliżonym do tego, co dzieje się w wielu krajach europejskich.
Drugim obszarem wymagającym reformy są systemy funkcjonujące poza systemem powszechnym. Mam tu na myśli przede wszystkim system mundurowy oraz system rolniczy, czyli KRUS. W tych systemach obowiązują inne zasady przechodzenia na emeryturę i inne sposoby finansowania świadczeń. W praktyce oznacza to, że część osób może przechodzić na emeryturę znacznie wcześniej niż w systemie powszechnym.
Oczywiście nie chodzi o to, aby deprecjonować pracę żołnierzy czy funkcjonariuszy służb mundurowych. Ale trzeba zadać pytanie, czy państwo stać na sytuację, w której ktoś pracuje kilkanaście lat, a następnie przez kilkadziesiąt lat pobiera emeryturę finansowaną z budżetu państwa. Podobne pytanie dotyczy systemu rolniczego. Emerytury w KRUS są relatywnie niskie, ale też składki są bardzo niewielkie, a większość systemu finansowana jest z budżetu państwa.
Trzecim kierunkiem zmian powinno być zdecydowanie większe wsparcie dla dodatkowego oszczędzania na emeryturę. Mamy w Polsce kilka instrumentów – IKE, IKZE, PPK czy PPE – ale państwo praktycznie ich nie promuje. Warto zwrócić uwagę, że indywidualne konta emerytalne istnieją w Polsce już ponad 20 lat, a konta zabezpieczenia emerytalnego ponad dekadę. Mimo to nigdy nie było poważnej, długofalowej kampanii państwowej zachęcającej Polaków do oszczędzania na emeryturę, a przecież z punktu widzenia państwa jest to rozwiązanie znacznie tańsze niż późniejsze finansowanie kolejnych dodatków do emerytur z budżetu.
Dlatego jeśli miałbym wskazać trzy najważniejsze kierunki zmian, to byłyby to: podniesienie powszechnego wieku emerytalnego, reforma specjalnych systemów emerytalnych np. rolnego czy mundurowego oraz zdecydowane promowanie przez państwo polskie prywatnego dodatkowego oszczędzania na emeryturę.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Piotr Czubowicz
Dr Marcin Wojewódka – radca prawny, doktor nauk ekonomicznych, założyciel i wspólnik zarządzający Kancelarii Prawa Pracy Wojewódka i Wspólnicy. W latach 2016-2017 Członek Zarządu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Ekspert i członek zarządu Instytutu Emerytalnego. Wykładowca akademicki. Członek International Labour Law Network oraz zespołu ds. prawa pracy Rady Dialogu Społecznego z ramienia Pracodawców RP.



